Gdzie zjeść i napić się we Wrocławiu? Miejsca, do których naprawdę chodzimy
Najlepsza randka jest na strzelnicy Guns & Stories — to przecież wiadomo.
Ale tak naprawdę powodów, żeby do nas wpaść, jest trochę więcej.
Możesz przyjść:
- na pierwszą randkę, bo przynajmniej nie siedzicie przez dwie godziny naprzeciwko siebie, zastanawiając się, o czym teraz rozmawiać;
- z żoną albo partnerką, żeby zrobić razem coś trochę ciekawszego niż kolejna kolacja;
- z dzieckiem, jeśli chcecie spróbować nowej aktywności pod opieką instruktora;
- ze znajomymi, bo wspólne strzelanie daje zdecydowanie więcej historii do opowiadania niż następne wyjście „gdzieś na piwo”;
- na wieczór kawalerski albo panieński, bo zanim zacznie się część imprezowa, można zrobić coś, co wszyscy naprawdę zapamiętają.
Na strzelnicy obowiązuje oczywiście pełna trzeźwość. Tutaj nie ma żadnego „jednego piwka wcześniej”. Najpierw broń, instruktor, bezpieczeństwo i dobra zabawa.
A potem?
Potem broń zostaje na strzelnicy, Wy wracacie do Wrocławia i zaczyna się druga część wieczoru.
Bo przecież po ostatnim strzale człowiek nadal musi coś zjeść. Czasem napić się piwa. Czasem kawy. Czasem po prostu gdzieś usiąść i jeszcze przez dwie godziny opowiadać, kto trafił najlepiej, a kto był absolutnie przekonany, że umie strzelać, dopóki nie dostał tarczy.
I właśnie wtedy przydaje się ten poradnik.
No to lecimy z tematem.
Cześć z tej strony Kuba – mistrz włóczenia się po mieście i beach barach.
Poprawki i niektóre miejsca uzupełniał Bartek — ale on jest z Psiego Pola, więc mówienie, że to nadal Wrocław, zostawiamy kartografom i ludziom bardzo tolerancyjnym .
Gdzie zjeść i napić się we Wrocławiu? Miejsca, do których naprawdę chodzimy Internet jest pełen artykułów pod tytułem:
„10 miejsc, które musisz odwiedzić we Wrocławiu”.
Później otwierasz pierwszy, drugi, trzeci i wszędzie dostajesz mniej więcej to samo. Rynek. Ostrów Tumski. Zoo. Restaurację z ładnym zdjęciem jajka po benedyktyńsku. Kawiarnię, w której cappuccino kosztuje tyle, co kiedyś obiad. No więc nie.
Ten przewodnik powstaje trochę inaczej. Nie dlatego, że przejrzeliśmy TripAdvisora i wybraliśmy lokale z najwyższą średnią ocen. Tylko dlatego, że we Wrocławiu żyjemy, jemy, pijemy (oczywiście bez broni , włóczymy się po nim i mamy swoje miejsca. Czasami będzie elegancko. Czasami kraftowo. Czasami dostaniesz schabowego za około 25 zł. Czasami trzy placki ze śmietaną za mniej więcej dwanaście. A czasami powiemy Ci, żebyś przyszedł do baru mlecznego pół godziny wcześniej, bo inaczej mafia pierogowa wyczyści magazyn. Bo jeśli chcesz zobaczyć prawdziwy Wrocław, to nie zawsze trzeba iść tam, gdzie prowadzi pierwszy wynik Google. Czasami trzeba wiedzieć – gdzie zjeść, co zamówić, czego nie zamawiać i przy którym stoliku usiąść z piwem.
I właśnie po to jest ten poradnik.
Co więcej, nawet jeśli jesteś z Wrocławia to tym poradnikiem możemy podpowiedzieć Ci, co zrobić po wizycie na strzelnicy. Jeżeli wpadasz do nas na strzelanie ze znajomymi, organizujesz wspólne wyjście albo wybierasz strzelnicę jako pomysł na randkę, to przecież szkoda kończyć spotkanie od razu po ostatnim strzale.
Zajrzyj do naszych innych poradników jeżeli szukasz pomysłu na pierwszą randkę na strzelnicy, albo jeśli planujesz po prostu nietypowe wspólne wyjście ze znajomymi, albo chcesz zorganizować wieczór kawalerski lub panieński.
A potem? No właśnie – można coś zjeść, napić się piwa, wyskoczyć na kawę albo po prostu posiedzieć i pogadać. Dlatego poniżej zabieramy Was w miejsca we Wrocławiu, do których sami naprawdę chodzimy.
Jeśli w artykule podajemy ceny to są to ceny orientacyjnie z naszych ostatnich wizyt – nie odpowiadamy za inflacje i zmianę cen szczególnie w popularnych miejscach lub po wizycie Książula
Pizza
Pizzeria Bravo
Jedna z naszych ulubionych wrocławskich pizzerii. I właściwie są dwa różne światy Bravo.
Bravo na Gądowie
To ta starsza, bardziej lokalna i – przynajmniej dla nas – trochę bardziej prawilna. Jest drożej niż na Grunwaldzie, ale też nie dostajesz dokładnie tej samej pizzy. Inne są składniki, inny jest nawet ser, więc nie jest to po prostu druga filia z identyczną kartą. I chyba właśnie dlatego Gądów lubimy trochę bardziej. Jest bardziej osiedlowo. Bardziej swojsko. Mniej „wpadłem przy okazji”, bardziej „idę właśnie do Bravo”.
Bravo na Grunwaldzie
Za to Grunwald ma coś, czego nie da się wpisać do menu – otoczenie. Beton, esplanada, wrocławski Manhattan, cały ten modernistyczno-brutalistyczny klimat, który albo kochasz, albo patrzysz na niego i pytasz, dlaczego ktoś wylał tutaj betonu który starczyłby na pół województwa My akurat lubimy. Bardzo. Więc można usiąść z pizzą i piwem pośrodku jednego z najbardziej charakterystycznych fragmentów powojennego Wrocławia i przez chwilę poczuć, że beton też potrafi mieć duszę. Do tego na Grunwaldzie jest po prostu tanio. Średnia pizza kosztuje około 30 zł, piwo około 11 zł. Czyli we dwoje można zjeść pizzę, dorzucić dwa piwa i zamknąć rachunek gdzieś w okolicach pięciu dyszek. Całkiem zacnie, milordzie. I właśnie za to lubimy Bravo. Nie trzeba rezerwacji. Nie trzeba zakładać koszuli. Nie trzeba robić researchu, czy mozzarella pochodzi od bawolicy, która słuchała Mozarta. Przychodzisz. Jesz pizzę. Pijesz piwo. Patrzysz na beton. Wracasz. Piękna sprawa.
Pizza Si – Pod Nasypem
Jeżeli mielibyśmy wskazać pizzę przede wszystkim za jakość, Pizza Si bardzo mocno wchodzi do ścisłej czołówki. Lokal jest Pod Nasypem, przy Bogusławskiego, więc już sama lokalizacja robi część klimatu. I najważniejsze – to nie jest miejsce, które wygrywa wyłącznie dlatego, że jest „kraftowe” albo modne. Po prostu pizza jest naprawdę bardzo dobra. Co jeszcze lepsze, ceny nie odjechały póki co w kosmos, więc nie masz poczucia, że płacisz premium tylko dlatego, że ktoś napisał „neapolitańska” kredą na ścianie. Jeżeli Bravo lubimy za klimat, prostotę i cenę, to tutaj argument jest trochę inny = przychodzisz przede wszystkim po bardzo dobrą pizzę. I naszym zdaniem – warto.
Siesta Trattoria – Śliczna
To już trochę inna kategoria. Nie tylko pizza, ale szerzej dobre włoskie jedzenie. Siesta jest bardziej elegancka niż typowa osiedlowa pizzeria, ale nie wchodzi jeszcze w ten absurdalny poziom cenowy, przy którym człowiek zaczyna analizować rachunek jak kredyt hipoteczny. Pizza jest bardzo dobra. Włoska kuchnia również. To dobre miejsce, jeśli chcesz pójść trochę „ładniej”, ale nadal zjeść normalnie i bez finansowego dramatu. Rezerwacja zalecana by randka nie skończyła się przypałem
Pizzeria Puls – Kozanów
To już trochę inna historia niż Bravo czy Pizza Si. Puls jest bardzo osiedlowy, bardzo wrocławski i bardzo po swojemu. Duża pizza, około 40 cm, kosztuje mniej więcej 36 zł. Sama pizza jest trochę oldschoolowa – taka typowo polska, w stylu pizzerii z lat 2000–2010. Dużo składników, konkretnie, bez udawania Neapolu. I ja akurat takie klimaty kocham. Sam lokal też ma charakter. Trochę jak buda, która przez lata po prostu rosła razem z klientami. Ci sami ludzie wpadają tam od lat, obsługa zna połowę osiedla, nikt nie próbuje robić z tego concept store’u z neonem i oliwą za 38 zł. I właśnie dlatego to działa.
Tym bardziej jeżeli wybierasz się na mecz Śląska Wrocław. Puls jest bardzo dobrym przystankiem przed stadionem. Przed meczami robi się tam bardziej tłoczno, pojawia się sporo kibiców i całe miejsce nabiera jeszcze mocniej swojego charakteru. Do tego piwo nadal jest w bardzo normalnych cenach – Piast – około 10 zł, Trybunał – około 12 zł. A Trybunał akurat bardzo lubimy. Więc układ jest prosty – duża pizza + piwo + kibicowski klimat + mecz Śląska. Jeżeli ktoś szuka eleganckiej włoskiej trattorii – nie tutaj. Jeżeli chce się konkretnie najeść, wypić piwo i poczuć kawałek lokalnego Kozanowa przed meczem – bardzo tutaj. Puls nie próbuje być instagramową pizzerią. I właśnie dlatego chce się tam wracać.
Zwykły obiadek – gdzie zjeść obiad we Wrocławiu?
Hala Targowa
Nie trzeba wymyślać koła na nowo. Czasami człowiek chce po prostu zjeść schabowego. Albo mielonego. I tutaj Hala Targowa robi robotę wyjątkowo dobrze. Nasze dwa sprawdzone wybory to schabowy z ziemniakami – 25 zł i mielony z ziemniakami też w tej cenie. Do tego surówka gratis. Można brać zestaw, ale ja mam własną politykę – marchewka. Samą marchewkę. Wincyj marchewki. Zestaw surówek jakoś nigdy mnie nie porwał, ale marchewka jest zajebista, więc po co komplikować życie. Schabowy – klasa. Mielony – klasa. I trochę głupio przyznać, ale większości pozostałego menu nawet nie testowałem. Po prostu kiedy dwa dania są tak dobre, człowiek przestaje mieć potrzebę eksploracji.
Dobre są też placki po węgiersku. Ale jeśli jesteś pierwszy raz? Ja bym nie kombinował. Schabowy albo mielony. Klimat robi połowę roboty I to nie jest tylko tani obiad. Sam lokal jest stylizowany trochę na PRL czyli cerata na stole, stare plakaty, talerze przykręcone do stołu, sztućce na łańcuchach. Trochę absurd. Trochę muzeum. Trochę stołówka. I właśnie dlatego jest fajnie. Nie próbują robić „retro experience”. Po prostu masz ceratę, stół, porządne żarcie i święty spokój.
Kiedy iść? Lokal działa również w weekendy a z tego co pamiętamy, mniej więcej do późnego popołudnia. W okolicach 13:00, szczególnie w soboty i niedziele, potrafią robić się kolejki. Co akurat specjalnie nie dziwi. Za około 25 zł dostajesz normalny, konkretny obiad, a nie talerz z trzema listkami i opowieścią szefa kuchni o dzieciństwie. I jeszcze lokalizacja Hala Targowa jest bardzo blisko Wyspy Słodowej, więc łatwo połączyć jedno z drugim. Spacer, Wyspa, później porządny obiad. Albo odwrotnie. Wrocław w wersji bardzo jasnej i bardzo skutecznej:
piwo, spacer, schabowy.
Nie wszystko musi być bardziej skomplikowane.
Placki po węgiersku budynek AB na Armii Krajowej
To jest z kolei klasyk z historią. Lokal w Budynku AB przy Armii Krajowej słynie z placków po węgiersku od kilkudziesięciu lat i tutaj nie trzeba wiele kombinować, bo idziesz właśnie po placki po węgiersku. Są dobre, konkretne, porcje porządne, a ceny nadal na sensownym poziomie. To nie jest miejsce, do którego idziesz po fine dining. To jest miejsce, do którego idziesz po to, żeby porządnie się najeść. I wychodzisz zadowolony.
Dobre po Aquaparku. Duży plus to lokalizacja. Jest blisko Aquaparku, więc jeżeli ktoś kończy baseny, sauny albo po prostu kilka godzin pływania i nagle orientuje się, że mógłby zjeść wszystko, co nie ucieka – to jest bardzo dobry kierunek. Zamiast przepalać pieniądze na jedzenie już na miejscu w Aquaparku, można podejść kawałek dalej i zjeść normalny, konkretny obiad. I to jest właśnie ten typ rekomendacji, który lubimy najbardziej – nie „najbardziej instagramowe miejsce we Wrocławiu”, tylko jest blisko, jest dobrze, jest niedrogo i można się konkretnie najeść. Placki po węgiersku robią tam robotę od lat.
Bar Mleczny Mewa
Tutaj mamy zjawisko społeczne znane roboczo jako „Mafia pierogowa”. Pierogi pojawiają się około 12:30. Teoretycznie. Praktycznie warto pojawić się już około 12:00, bo przed wydaniem zaczyna ustawiać się kolejka ludzi, którzy doskonale wiedzą, po co przyszli. A potem robi się jeszcze ciekawiej, bo pierogi potrafią zniknąć naprawdę szybko. Nasza rekomendacja? Ruskie. Tanie, bardzo dobre i otoczone atmosferą lekkiej gastronomicznej spekulacji. Ale Mewa to nie tylko pierogi.
Co jeszcze warto zjeść? Bardzo polecamy fasolkę po brytońsku w wersji jarskiej. Jest naprawdę dobra, sycąca i kosztuje dokładnie tyle, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy cennik nie pochodzi z innej dekady. Do tego sałatki. I tutaj właściwie można brać w ciemno – wszystkie, których próbowaliśmy, były naprawdę świetne. Kolejny mocny wybór to gołąbki jarskie. Proste, dobre, tanie i dokładnie takie, jakich człowiek oczekuje od porządnego baru mlecznego. Czyli nasz zestaw pewniaków wygląda mniej więcej tak:
pierogi ruskie, fasolka po brytońsku jarska, sałatki, gołąbki jarskie.
I za naprawdę niewielkie pieniądze można się tam konkretnie najeść. Ale Mewa ma swoje zasady:
Po pierwsze: poniedziałek–piątek, mniej więcej do 17:00. Czyli nie jest to lokal typu:
„Wpadniemy kiedyś wieczorem.”
Nie wpadniecie. Mewę trzeba sobie trochę zaplanować.
Po drugie: gotówka. Kartą nie zapłacisz, więc dobrze mieć parę banknotów przy sobie, zanim człowiek po dwudziestu minutach stania przed pierogami odkryje, że właśnie przegrał z terminalem, którego nie ma.
I właśnie za to Mewę lubimy. Bo to miejsce ma swój rytm. Nie próbuje być nowoczesne. Nie ma aplikacji. Nie ma QR-a prowadzącego do menu. Nie ma „conceptu”. Jest kolejka. Jest gotówka. Jest godzina wydawania pierogów. Są ludzie, którzy doskonale wiedzą, że trzeba przyjść wcześniej. I jest bardzo dobre, bardzo tanie jedzenie. Czyli jeśli chcesz poczuć kawałek prawdziwego, codziennego Wrocławia zamiast kolejnego lokalu wyglądającego jak Pinterest. Mewa zdecydowanie wchodzi na listę.
Bar Miś
Miś oczywiście też musi się tutaj znaleźć. To jeden z tych barów mlecznych, do których nie idziesz po doświadczenie „fine dining”. Idziesz po to, żeby zjeść dobrze, tanio i konkretnie. A my mamy tam własną metodę. Zupa z jajkiem + trzy dodatkowe jajka To jest mój patent. Bierzesz zupę z jajkiem i dorzucasz do niej jeszcze trzy jajka. Całość wychodzi mniej więcej 8 zł. I za osiem złotych można się tam nawpierd… najeść białka jak człowiek po pierwszej wizycie na siłowni, który właśnie odkrył makroskładniki. Nie twierdzę, że to najbardziej elegancki lunch we Wrocławiu. Twierdzę, że działa perfekcyjnie.
Do tego Miś jest praktycznie w centrum miasta, więc jeżeli jesteś gdzieś w okolicach Rynku i nie masz ochoty płacić czterdziestu paru złotych za lunch tylko dlatego, że stolik stoi 300 metrów od ratusza – kierunek jest dość oczywisty. Ale Miś to nie tylko mój eksperyment z jajkami Galaretka – uwielbiam. Bardzo mocna pozycja. Makaron z serem – prosty, tani i całkiem spoko.
Ale prawdziwy dramat zaczyna się przy racuchach. Racuchy – Boże. Jakie oni mają racuchy. Naprawdę, tutaj kończą mi się racjonalne argumenty. Nie będziemy opisywać struktury ciasta, balansu słodyczy i profilu sensorycznego jabłka. Po prostu: weź racuchy. To jest bajka.
I właśnie dlatego Miś jest fajny. Możesz wejść po szybki tani obiad. Możesz zrobić sobie absurdalnie białkowy zestaw za kilka złotych. Możesz wziąć makaron z serem. A możesz powiedzieć „mam gdzieś dietę i zdrowy rozsądek” i zamówić racuchy. W samym centrum Wrocławia. Tanio, swojsko i bez udawania czegokolwiek. Czyli dokładnie tak, jak bar mleczny powinien działać.
Placki na Arenie – trzy placki, sentyment i buda, której nie trzeba poprawiać
Kolejny przykład na to, że Wrocław nadal potrafi nakarmić człowieka bez podpisywania umowy leasingowej.
3,50 zł za placek. Trzy placki + śmietana – mniej więcej 12 zł.
I człowiek wychodzi najedzony tak, jakby przez przypadek zamówił porcję rodzinną. Tylko że tutaj cena jest dopiero początkiem. Ciężko nawet nazwać ten koncept:
To nie jest restauracja.
To nie jest bar.
To nie jest food truck.
To jest po prostu buda przed Areną, kilka stolików i kolejka ludzi, która bardzo często mówi wszystko, co trzeba wiedzieć.
Nie w samej Arenie. Przed Areną. To ważne. Z tego, co pamiętam, funkcjonowało też określenie „Placki na Dziko”, ale nazwę jeszcze sobie przypomnę. I teraz najważniejsze: jakie są te placki?
Słyszałem o nich różne opinie. I kompletnie mnie to nie obchodzi. Bo to są dokładnie takie placki, jakie ja lubię. Tłuściutkie. Porządnie smażone. Dobrze wysmażone. Z konkretnych ziemniaków. Nie wersja dietetyczna. Nie „lekki placek ziemniaczany w nowoczesnym wydaniu”. Placek ma być plackiem.
I tutaj jest.
Ale dla mnie to nie są tylko placki Ja tam mieszkałem jakieś piętnaście lat temu. Regularnie tam jadłem. Wtedy prowadził senior. Dzisiaj, z tego co kojarzę, prowadzi syn. A ja po latach znowu pracuję niedaleko i czasami po prostu tam zachodzę, siadam i jem te same placki. I to jest właśnie ten moment, w którym jedzenie przestaje być tylko jedzeniem. Bo człowiek bierze trzy placki ze śmietaną i nagle wraca kawałek życia sprzed piętnastu lat.
Smak + miejsce + pamięć.
I dlatego ja te placki kocham. Nie tylko za to, że są dobre. Za to, że są moje. Kolejna zaleta: lokalizacja. To jest naprawdę blisko Dworca Głównego PKP i autobusowego. Kilka minut spacerem. Czyli jeżeli ktoś wysiada we Wrocławiu głodny i nie chce od razu iść w kierunku Rynku na pierwszy turystyczny obiad za 50 zł, to ma bardzo sensowną alternatywę.
Trzy placki. Śmietana. Dwanaście złotych.Witaj we Wrocławiu.
Obok jest też Komandor Czyli taki lokalny plac targowy. Można sobie przejść, coś kupić, zobaczyć kawałek bardziej codziennego miasta. To też pasuje do całej idei naszego przewodnika. Nie zawsze chcemy pokazywać Wrocław:
Rynek → krasnal → Zoo → restauracja z Instagrama.
Czasami Wrocław to właśnie:
dworzec, targowisko, buda, plastikowy stolik i trzy placki ziemniaczane.
I wiecie co?
To jest dla mnie równie prawdziwy Wrocław jak ratusz. No i najważniejsze Jak mam ochotę zjeść trzy placki ziemniaczane, to nie chcę kupować worka ziemniaków, trzeć ich pół dnia, brudzić kuchni i smażyć dwudziestu placków tylko dlatego, że człowiekowi zachciało się trzech. Idę tam.
Płacę kilkanaście złotych. Siadam. Jem. I przez chwilę znowu mam jakieś piętnaście lat mniej.
To nie są tylko placki. To są placki i wspomnienia.
Tosty i szybkie jedzenie we Wrocławiu
Tostoria – przejście podziemne przy Galerii Dominikańskiej
Tutaj nasz wybór jest bardzo konkretny.
Pepe.
Tost około 13 zł. Są też zapiekanki, ale prawda jest taka, że jeśli ktoś pyta nas, co tam brać, to odpowiedź brzmi:
Pepe.
Jeszcze raz:
Pepe.
I dla pewności:
tak, Pepe.
Nie będziemy robić rankingu całej karty, bo po co komplikować rzeczy, które działają. Najpierw trzeba wiedzieć, gdzie tego szukać Tostoria jest praktycznie w samym centrum miasta, tuż przy Rynku i Galerii Dominikańskiej, ale sam lokal siedzi w przejściu podziemnym. I to jest ważne, bo łatwo przejść górą i w ogóle go nie zauważyć. Dawniej byli na Oławskiej na przeciwko takiego tandetnego sklepu z militariami, ale tak jak go już nie ma tak i Tostoria przeniosła się do nowej lokalizacji. Schodzisz pod ziemię i masz mały lokalik, duży ruch i produkcję działającą właściwie bez przerwy. Jedna osoba przygotowuje. Druga smaży. I właściwie robią to trochę na zapas, bo wiedzą, że za chwilę i tak wszystko zejdzie.
Duży obrót, świeże tosty, żadnego celebrowania procesu.
Tak ma być. Na miejscu albo do ręki Można sobie usiąść, ale równie dobrze bierzesz tost w rękę i lecisz dalej przez miasto. I właśnie dlatego to jest świetny punkt, kiedy jesteś w centrum, nie chcesz robić pełnego obiadu, masz pół godziny, jesteś głodny, albo po prostu potrzebujesz czegoś konkretnego po drodze. Do tego lokal działa również w weekendy, więc nadaje się idealnie do spontanicznego chodzenia po mieście. Co zamówić? Nie wiem, czy wspominaliśmy.
Pepe.
Tost – Pepe. Zapiekanka – Pepe. Kochamy Pepe. Jeżeli chcesz trochę odejść od doktryny, to wersje jalapeño też są bardzo w porządku i sam je lubię. Ale pierwszy raz? Nie kombinuj.
Pepe.
To jest dokładnie ten rodzaj miejsca, który pasuje do naszego Wrocławia. Nie restauracja destination. Nie „koncept gastronomiczny”. Tylko mały lokal pod ziemią, przez który przewala się pół miasta, ktoś cały czas smaży tosty, ktoś następny już stoi w kolejce, a Ty za kilkanaście złotych dostajesz coś, co jesz od lat i nadal masz ochotę wrócić.
A może są tam po prostu jakieś dobre żyły wodne czy inne bioprądy, bo przecież w latach 90″ były tam dwie równie popularne budki-kioski z knyszami.
Centrum miasta. Pod ziemią. Tost do ręki. Pepe.
Czego więcej potrzeba.
Tosty u Witka – miejsce, do którego się wraca
Wrocławski klasyk. Cena około 23 zł. Uczciwie, kiedyś były naszym zdaniem jeszcze lepsze. Dzisiaj są trochę droższe i trochę mniej magiczne niż dawniej, ale nadal jest to miejsce, które warto znać. I jeśli mam polecić jedną rzecz, to bez zastanowienia:
wiejski = Kiełbasa. Cebula. Pieczarki.
Ale najlepsze jest to, że ta kiełbasa z cebulą nie trafia tam prosto z lodówki. Najpierw ląduje na patelni. Podsmażona cebula. Podsmażona kiełbasa. Pieczarki. Dopiero później to wszystko trafia do tosta.
Czego chcieć więcej?
Zapiekanki? Nie rozumiem, Są też zapiekanki. Mój młody je lubi. Ale dla mnie Witek to jest tost. Kropka.
Zapiekanki zostawmy ludziom, którzy podejmują takie decyzje życiowe świadomie. Porcja jest konkretna. To nie jest tost, którego zjadasz w trzy gryzy i po pięciu minutach szukasz kolejnego lokalu..Tym naprawdę można się konkretnie najeść.
Spokojnie da się nawet podzielić we dwójkę, jeśli ktoś nie przyszedł akurat po to, żeby zbudować masę przed zimą. Kiedyś była jeszcze jedna rzecz: ekipa
I tutaj robi się trochę nostalgicznie. Przez lata pracowali tam ci sami ludzie. Ta sama pani na kasie. Ta sama pani przy patelniach. Ten sam pan, który składał tosty i wrzucał je do grzania. Praktycznie stały element miasta. Dwadzieścia lat, ci sami ludzie.
I to dawało klimat, którego żadna identyfikacja wizualna nie zrobi.
Dzisiaj ekipa jest już nowa – z tego, co kojarzymy, właściciele prawdopodobnie poszli na emeryturę. Szkoda.Serio szkoda. Bo to są właśnie te miejsca, które pamiętasz nie tylko za smak, ale za ludzi, którzy byli częścią rytuału. I najlepsza rekomendacja, jaką znam. Mam znajomego, który wyprowadził się z Wrocławia do Opola. Kupił tam dom, ułożył życie, wszystko pięknie. Ale za każdym razem, kiedy wraca do Wrocławia, pierwsze co robi, to:
idzie na tosty do Witka.
Nie na Rynek. Nie na kawę. Nie „zobaczyć, co się zmieniło”. Na tosty.
I chyba trudno o lepszą rekomendację. Bo jeśli wyprowadzasz się z miasta, ale po powrocie masz jedno miejsce, do którego ciągnie Cię od razu, to znaczy, że ono już dawno przestało być tylko gastronomią. To jest kawałek Wrocławia, który nosisz w głowie. Na pewno działają od poniedziałku do soboty. I jeszcze jedno:
kolejka. Bywa.
Ale w takich miejscach kolejka bardziej potwierdza sens istnienia niż przeszkadza. Wiejski. Podsmażona kiełbasa. Cebula. Pieczarki. Tost. I tyle. Reszta to już sentyment.
Foccateria Marietta – włoskie kanapki, których się po sobie nie spodziewałem
Nie wiem nawet, do jakiej kategorii to wrzucić. Zapiekanki? Kanapki? Focaccia? Najuczciwiej będzie chyba powiedzieć:
włoskie kanapki.
I sam się trochę z tego śmieję, bo gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że będę komuś polecał w internecie włoskie kanapki, to bym go wyśmiał. A jednak. Czy jest tanio? Nie. Nie będziemy ściemniać. To nie jest miejsce z kategorii „za piętnaście złotych najesz się na pół dnia”. Czy jest dobrze? Tak. I to całkiem dobrze. Kanapki są ciekawe, inne niż typowe szybkie jedzenie i mają ten trochę bardziej włoski, trochę bardziej miejski charakter. Czyli nie bułka, szynka, ser, ketchup. Tylko coś bardziej przemyślanego. Lokalizacja robi swoje, bo miejsce jest praktycznie w samym centrum w rejonie Rynku / Szewskiej, ale ważne jest jedno:
łatwo tam wpaść przy chodzeniu po centrum.
Nie trzeba robić specjalnej wyprawy. I tak, można zrobić zdjęcie na Instagrama Nie będziemy udawać, że estetyka nie istnieje. To jest ten typ miejsca, gdzie jedzenie dobrze wygląda, lokal dobrze wygląda i całość ma trochę bardziej „ładny” charakter niż osiedlowa buda z tostem. I co zabawne – mimo całej mojej podejrzliwości wobec takich miejsc – polecam.
Bo jest oryginalnie. Bo jest smacznie. Bo to nie jest kolejna kanapka, którą zapominasz pięć minut po zjedzeniu. Nie jest tanio. Ale jest ciekawie. I czasami to wystarczy.
Zbyszko obok Ponika
Bar u Zbyszka to jest dokładnie ten typ miejsca, którego nie znajdziesz w zestawieniu „10 najbardziej instagramowych lokali Wrocławia”. I całe szczęście. Siedzi sobie na Polance, w północnej części miasta, niedaleko Marino i przy trasie wylotowej na Poznań. Taki osiedlowy pawilonik między blokami. Bez zadęcia. Bez konceptu. Za to z historią. Co tam jest? Trochę wszystkiego. Knysze. Kebaby. Tosty. Jakieś inne szybkie jedzenie. Taki klasyczny miszmasz fastfoodowy, który w wielu miejscach byłby wadą, a tutaj po prostu pasuje do charakteru. Ja mam jedną rekomendację:
tosty.
Są naprawdę bardzo dobre. I właśnie po nie tam wracam. Obok jest Ponik I tutaj dochodzimy do kolejnego lokalnego smaczku. Obok stoi Ponik – taki lokalny supermarket, który sam w sobie jest trochę reliktem i trochę skarbem osiedla. Nie będę udawał, że to atrakcja turystyczna. Ale jeśli ktoś lubi miejsca, które mają charakter i pamiętają Wrocław sprzed epoki galerii handlowych na każdym rogu, to ten fragment Polanki ma w sobie coś bardzo swojskiego. Dobre miejsce na początek albo koniec wyjazdu I lokalizacja robi tu jeszcze jedną fajną rzecz. Jeśli wjeżdżasz do Wrocławia od strony Poznania, możesz tam wpaść praktycznie po drodze. Jeśli wyjeżdżasz z miasta w stronę Poznania, też masz po drodze. Czyli zamiast kończyć weekend na stacji benzynowej z hot dogiem:
Zbyszko, tost i jedziemy dalej.
Dlaczego warto? Bo to jest prawdziwie lokalne miejsce. Nie centrum. Nie Rynek. Nie modna dzielnica. Tylko pawilon między blokami, wieloletnia tradycja, szybkie jedzenie i tosty, które po prostu są dobre. I właśnie takich miejsc chcę w tym przewodniku najwięcej. Bo jeśli ktoś chce poczuć Wrocław trochę bardziej od środka, klasyczny, to czasami trzeba wyjść poza miejsca, które ktoś już tysiąc razy sfotografował.
Polanka. Zbyszko. Tost. Ponik obok.
Całkiem piękny zestaw.
Burgery we Wrocławiu
Pasibus – już nie tajny bus, tylko wrocławska marka
Nie będziemy udawać, że Pasibus jest dziś jakimś sekretnym adresem znanym siedmiu osobom we Wrocławiu. Jest praktycznie wszędzie. Galerie, lokale, kolejne punkty. Narobiło się tego. Ale prawda jest też bardzo prosta:
te burgery są po prostu dobre.
Nie trzeba dorabiać ideologii. Albo czepiać się, że na począku było trochę inaczej i nieco się skomercjalizowali. Naprawdę są dobre. I tyle. Co zamówić?Ja bardzo lubię tego z chipsami – Gonzalez, jak dobrze pamiętam nazwę. Lubię też Boczusia (lepszy od tego z czipsami: Bartosz). To są takie pozycje, przy których człowiek nie musi analizować menu jak dokumentacji przetargowej.
Widzisz. Bierzesz. Jesz. Jest dobrze.
Kiedyś na Tłusty Czwartek robili też burgery w pączku. Nie wiem, czy nadal to robią, ale pamiętam, że ten poziom gastronomicznego braku rozsądku bardzo mi odpowiadał. Ale dla mnie Pasibus to głównie sentyment. Bo zanim to była duża marka, był Dziadzia. Ten stary bus przy Arkadach. Pracowałem wtedy w Arkadach i pamiętam, jak siedziałem na paletach przed tym busem i wpierdzielałem burgery.
Bez pięknych wnętrz. Bez sieci lokali. Bez całego późniejszego sukcesu. Po prostu bus, burger i ludzie.
I to miało klimat. Później zrobili tam jeszcze taki mały beach bar, ale dziś tego miejsca już właściwie nie ma. Arkady są rozbierane. Dziadzi nie ma.
I trochę szkoda. Naprawdę szkoda.
Bo człowiek może sobie dziś pójść do Pasibusa praktycznie wszędzie, ale tego pierwszego klimatu już nie odtworzysz. Czy nadal polecamy?
Tak. Zdecydowanie.
Nie dlatego, że to nadal niszowa, lokalna ciekawostka. Nie jest. To już duża marka. Ale nadal wrocławska. I nadal robi dobre burgery. A dla mnie ma jeszcze jedną rzecz, której nie da się wpisać do menu:
wspomnienie siedzenia na palecie pod Arkadami z burgerem w ręce.
I za to też go lubię.
Grill Burger Popowice – burgery, pierogi i żeberka, po które wracam
To jest w ogóle zabawne miejsce. Grill Burger Popowice działa trochę jak gastronomiczny crossover, którego nikt specjalnie nie planował, ale wyszedł zaskakująco dobrze. Masz burgery. Masz pierogi. Czyli właściwie pierogarnia i burgerownia w jednym. I najlepsze jest to, że jedno i drugie jest naprawdę spoko. Tylko że ja osobiście mam tam zupełnie innego faworyta. Żeberka Boże.
Jakie oni mają żeberka.
Serio. Około 42 zł, porcja konkretna, mięso dobre, smak świetny i za każdym razem, kiedy je biorę, kończy się tak samo – robię zdjęcie telefonem jak człowiek, który właśnie odkrył jedzenie po raz pierwszy. I wiem, że teoretycznie powinienem polecać burgera, bo lokal nazywa się Grill Burger. Albo pierogi, bo też są dobre. Ale nie.
Żeberka.
To jest mój wybór. I do tego bardzo lokalny klimat. Miejsce jest na Popowicach, blisko mojego domu i właśnie to też lubię. Naprzeciwko Magnolia, więc można spokojnie podejść po zakupach. Dobry dojazd tramwajem. Z jednej strony park. Z drugiej okolice Niedźwiedziej i Jeleniej. Czyli wchodzisz kilka minut od wielkiego centrum handlowego i nagle jesteś na spokojnym, zwykłym wrocławskim osiedlu. Ciszej. Lokalniej. Normalniej. I właśnie takie miejsca lubię najbardziej. Nie trzeba jechać przez pół miasta wystrojonym jak na wesele, żeby zjeść coś dobrego.
Mam też z tym miejscem jedno wspomnienie, które raczej trudno przebić. Siedziałem tam kiedyś z młodym i jedliśmy. W okolicy wydarzyła się policyjna strzelanina z przestępcami. Ja siedziałem blady jak ściana. Młody nawet się nie zorientował i spokojnie jadł dalej (za dużo chyba gra w CSa Więc cóż.
Jedni pamiętają restauracje po deserze.
Ja czasem po wydarzeniach z lokalnych wiadomości.
Na szczęście standardowo jest tam dużo spokojniej. I może właśnie dlatego lubię to miejsce. Dobre jedzenie, osiedlowy klimat, bliskość Magnolii i żeberka, dla których naprawdę warto przyjść.
Burgerownia z pierogami, w której najbardziej polecam żeberka.
Brzmi absurdalnie. Ale działa.
Kebaby we Wrocławiu
Oyche Kebab – nowocześniej, trochę fusion, ale po prostu bardzo dobrze
Oyche jest już w kilku miejscach we Wrocławiu. Jest między innymi na Hucie – czyli w tym fajnym miejskim foodcourtowo-barowym klimacie, gdzie nad wszystkim czuwa ta wielka drewniana postać.
Jest też w Hali Świebodzkiej. I właśnie tam polecam go najbardziej. Czy to najlepszy kebab we Wrocławiu? Chodzą takie słuchy. Nie wiem, bo Bartosz trochę kręcił nosem. Dla mnie kebab to nadal, mimo całej tej nowoczesnej otoczki, bułka z mięsem. Ale trzeba uczciwie powiedzieć: robią ją naprawdę dobrze. To jest kebab z tej bardziej współczesnej szkoły. Trochę fusion. Trochę inspirowany tymi niemieckimi miejscami, gdzie mięso, warzywa i sos zaczynają być traktowane jak pełnoprawna gastronomia, a nie jedzenie kupowane o drugiej nad ranem po czterech piwach.
I tutaj to akurat działa. Co biorę? Gemüse.
Czyli wersję z grillowanymi warzywami. Około 32 zł. Ja lubię w bułce.Warzywa robią robotę i właśnie przez nie ten kebab jest trochę ciekawszy niż klasyczny zestaw:
mięso + kapusta + sos + do widzenia.
I jeszcze jedna rzecz: ostry naprawdę jest ostry. To bardzo szanuję. Nie „ostry”, czyli lekko pikantny majonez, bo ktoś bał się reklamacji. Tylko faktycznie ostry. Ale nadal smaczny. Nie taki, którego jedyną funkcją jest wypalenie człowiekowi języka i wspomnień z dzieciństwa, jak to było na początku lat 2000 z sosem spod lady w Mc Falafel Po prostu dobrze ustawiona ostrość.
Minus? Kolejki. Potrafi być sporo ludzi. Zdarza się czekać nawet około 45 minut, więc nie zawsze jest to opcja pod tytułem „mam dwanaście minut, szybko coś zjem”.
Na Rynku też chyba mają lokal, ale tam osobiście nie jadłem, więc nie będę udawał, że mam opinię. Nawet była nie była w stanie namówić mnie na stanie 45 minut w kolejce
Czy warto? Tak. Zdecydowanie.
Może nie mam potrzeby koronować go oficjalnie na najlepszego kebaba we Wrocławiu, bo takie rankingi zawsze kończą się wojną religijną. Ale jest:
bardzo poprawny, bardzo dobry i zdecydowanie wart spróbowania.
Szczególnie w Hali Świebodzkiej, bo wtedy sam kebab jest tylko częścią większego planu na jedzenie i piwo. A jeśli bierzesz pierwszy raz:
Gemüse. W bułce. Ostry.
I masz dobry punkt startowy. Nieśmiertelny.
Ramzes – Sienkiewicza, obok Botanika. Ramzesik nadal robi robotę
No cóż mam powiedzieć. Ramzesik. Nie jest to kebab, który próbuje na nowo zdefiniować Bliski Wschód. Nie ma tutaj historii o autorskiej fermentacji kapusty, mięsie dojrzewającym przy pełni księżyca i sosie opracowanym przez szefa kuchni po stażu w Berlinie. To jest po prostu bardzo poprawny, bardzo smaczny kebab w dobrej cenie. I czasami dokładnie tego człowiek potrzebuje. Duży kebab za około 28 zł, więc ceny nadal są całkiem normalne.
Mają oczywiście cały zestaw innych wynalazków:
kapsalony, talerze, jakieś większe zestawy i resztę kebabowej inżynierii.
Ja tego nie jem. Biorę kebaba. Po co komplikować dobrze działający system. Lokalizacja jest tutaj połową sukcesu. Ramzes przy Sienkiewicza siedzi właściwie idealnie pomiędzy Grunwaldem, Ogrodem Botanicznym i Wyspą Słodową. I dlatego można z niego zrobić bardzo prosty wrocławski plan:
Ogród Botaniczny → Ramzes → Wyspa Słodowa.
Najpierw trochę zieleni i spaceru. Potem wychodzisz z Botanika i zamiast szukać przez godzinę miejsca na obiad:
bach – Ramzesik. Jesz.
A później można zejść w stronę Słodowej i usiąść nad Odrą. Co ważne, Wyspa Słodowa nadal należy do miejsc we Wrocławiu wyłączonych z powszechnego zakazu spożywania alkoholu w przestrzeni publicznej, więc piwo na wyspie nie jest miejską legendą. Oczywiście nadal obowiązują normalne zasady porządku i konkretne wydarzenia mogą mieć własne regulaminy. I właśnie za takie miejsca lubię Wrocław. Bo cały dzień nie musi wyglądać:
atrakcja premium → restauracja premium → drink za 38 zł.
Może wyglądać:
Botanik. Kebab za 28 zł. Spacer. Słodowa. Piwo nad Odrą.
I też masz zajebisty dzień we Wrocławiu. Ramzes nie musi być „najlepszym kebabem miasta”. Nie wiem, czy jest. Ale jest dobry, niedrogi, sprawdzony i stoi dokładnie tam, gdzie bardzo często człowiek potrzebuje kebaba. Czasami geografia też jest składnikiem.
Sultan Express – poprawny do bólu, i właśnie dlatego tak dobry
Sultan Express siedzi przy początku Jedności Narodowej, w okolicach placu Bema i bardzo blisko Wyspy Słodowej. I to jest w ogóle dziwne miejsce, bo ono nie próbuje być niczym więcej, niż jest.
Kebabem.
Bez legendy. Bez rewolucji. Bez opowieści o autorskim lawaszu pieczonym przez mistrza z Berlina. Po prostu solidny kebab. I właśnie to jest najlepsze. Jak smakuje? Poprawnie. Ale tak poprawnie, że aż masz ochotę wracać. Cenowo jest w porządku. Smakowo bardzo w porządku. Mięso dobre, bułka dobra, całość uczciwa. To nie jest lokal, który rozwala Ci głowę pomysłem. On po prostu dowozi dokładnie to, czego oczekujesz od kebaba. I robi to tak konsekwentnie, że przez długi czas sam mówiłem, że to może być najlepszy kebab we Wrocławiu. Co tam jest fajnego? Brak magii. Serio. Bo czasami cała magia polega na tym, że nie ma żadnej magii. Nie ma 14 sosów z mango i kimchi. Nie ma konceptu fusion. Nie ma kombinowania. Jest dobre mięso w bułce za normalne pieniądze. I człowiek wychodzi zadowolony. Lokalizacja robi robotę Duży plus to blisko Wyspy Słodowej. Czyli plan jest bardzo prosty:
Słodowa → piwko → głód → Sultan Express.
Pięć minut i temat załatwiony. To jest właśnie ten typ miejsca, który bardzo dobrze pasuje do prawdziwego życia w mieście. Nie planujesz go trzy dni wcześniej. Po prostu jesteś w okolicy i myślisz: „Dobra, czas coś zjeść.” No to idziesz. Godziny Z tego co pamiętam, lokal działa od poniedziałku do soboty, a w niedziele bywa zamknięty. Ale jeśli trafisz w godzinach otwarcia:
warto.
Sultan Express nie musi być najbardziej oryginalnym kebabem we Wrocławiu. Wystarczy, że jest bardzo dobrym kebabem, który nigdy nie musi udawać niczego więcej.
Knysza przy Dworcu Nadodrze – kawałek starego Wrocławia w budzie pod dworcem
Jeżeli ktoś chce spróbować czegoś naprawdę wrocławskiego, to właśnie tutaj.
Nie pierogi. Nie schabowy. Nie kebab.
Knysza.
Bo zanim kebabownie zaczęły wyrastać na każdym rogu, we Wrocławiu były knysze. I prawdę mówiąc, bardzo trudno nawet sensownie wytłumaczyć, czym knysza właściwie jest. Trochę kebab. Trochę burger. Trochę bułka z wielką ilością wszystkiego. Trochę osobna kategoria gastronomiczna, którą chyba trzeba po prostu zjeść, żeby zrozumieć. Gdzie?
Przy Dworcu Nadodrze.
Nie w środku. Przed dworcem stoi mała buda z gastronomią i właśnie tam można dostać jedną z ostatnich prawdziwych wrocławskich knysz. Bo takich miejsc zostało już naprawdę niewiele (wspominałem o dwóch budkach na dominikańskim?
I szkoda. Serio szkoda, bo knysza była kiedyś kawałkiem lokalnego fast foodu, zanim wszystko zaczęło smakować podobnie w każdym mieście. Co zamówić? Ja polecam wersję z kotletem robionym na miejscu. Nie tym tańszym, garmażeryjnym. Tylko tym, który robią sami. Jest trochę droższy, ale warto. Kotlet jest wielki. Porcja konkretna. I całość naprawdę bardzo dobra. To jest dokładnie ten typ jedzenia, przy którym po pierwszym gryzie człowiek myśli:
„No tak. To jest to.”
Klimat? Specyficzny. Bardzo specyficzny. Dworzec Nadodrze nie jest najbardziej pocztówkowym miejscem miasta. I to delikatnie mówiąc. Ale właśnie dlatego ten lokal ma charakter.
Buda. Dworzec. Trochę chaosu. Trochę lokalnego folkloru. Kolejka ludzi po knyszę.
I jedzenie, które nadal pamięta czasy, kiedy we Wrocławiu mówiło się:
„idę na knyszę” zamiast „idę na kebaba”.
Dlaczego warto? Nie dlatego, że to najpiękniejszy lokal. Nie dlatego, że ktoś zrobi Ci tam latte art. Tylko dlatego, że to jest kawałek starego Wrocławia, który powoli znika. Jeśli chcesz spróbować czegoś, co naprawdę było częścią lokalnego jedzenia przez lata to idź na Dworzec Nadodrze. Buda przed dworcem. Knysza z domowym kotletem. I tyle.
Czasem historia miasta najlepiej smakuje właśnie z papierka.
Petra Gyros – kiedyś nie szło się „na kebaba”. Szło się do Petry
To jest bardzo wrocławskie miejsce. Zwłaszcza jeśli ktoś mieszkał na Gądowie, w okolicach dzisiejszej Magnolii albo po prostu kręcił się po tej części miasta, bo np przy Polibudzie popularny był wtedy Mc Falafel. Kiedyś nie mówiło się: „idziemy na kebaba”. Tylko:
„idziemy do Petry”.
I wszyscy wiedzieli, o co chodzi. Gdzie? Przy Kauflandzie na Małopanewskiej, bardzo blisko Magnolii. Z galerii to naprawdę kilka minut spacerem, więc jeśli ktoś jest w tej części miasta, lokalizacja jest bardzo wygodna. I tutaj zaczyna się najlepsze. Bo są dwie Petry. Petra Gyros i Mała Petra Gyros. Obie praktycznie obok siebie. Jedna przy ulicy, druga między blokami. Dzieli je mniej więcej tyle, co nic. Jak w jednej nie ma miejsca, to przechodzisz kawałek i jesteś w drugiej. To jest naprawdę logistycznie przepiękne. Czy się czymś różnią? Szczerze? Niczym. Przynajmniej z perspektywy człowieka, który przychodzi po prostu zjeść dobrego kebaba. Jedzenie jest smaczne. Porcje są konkretne. Można się najeść. Mięso i cała konstrukcja są robione porządnie, bez poczucia przypadkowej budy z gotowca. I właśnie dlatego to miejsce trzyma się tyle lat. Kolejki? Potrafią być. Ale w lokalu jest trochę miejsca do siedzenia, a jeśli akurat wszystko zajęte, to masz rozwiązanie absolutnie systemowe:
30 sekund spaceru do drugiej Petry.
Nie ma sensu dramatyzować. Dlaczego warto znać Petrę? Bo to nie jest tylko kolejny kebab. To jest kawałek lokalnej historii tej części Wrocławia. Miejsce, które było punktem odniesienia na długo przed tym, zanim Magnolia stała się tym, czym jest dzisiaj. I właśnie za takie rzeczy lubię stare lokale. Nie muszą być modne. Nie muszą udawać Berlina. Nie muszą mieć neonu z napisem „street food”. Wystarczy, że przez lata ludzie mówią:
„idziemy do Petry”.
I dalej wiedzą, co mają na myśli.
Sawara Gyros – trochę jak Petra, tylko na południu
Dla mnie Sawara Gyros pełni obecnie na południu Wrocławia dokładnie tę samą funkcję, co Petra po zachodniej stronie miasta. Nie musi niczego wymyślać. Nie musi robić kebaba z burratą, granatem i historią szefa kuchni na trzy akapity. Ma być:
Smacznie. Niedrogo. Dobrze. Konkretnie.
I mamy SNDK – taki programistyczny żarcik Wybór mięsa? Chyba głównie kurczak i bardzo dobrze. Jeżeli coś jest dobre, to naprawdę nie trzeba budować karty jak konfiguratora samochodu. Kurczak jest smaczny, całość jest dobrze złożona i można się porządnie najeść. Tyle. Duży plus to południe Wrocławia Sawara jest blisko Aquaparku, więc znowu mamy bardzo prosty plan miejski:
Aquapark → głód → Sawara.
I zamiast po kilku godzinach w wodzie analizować czternaście restauracji, po prostu idziesz zjeść coś konkretnego. Czy to najbardziej spektakularny kebab miasta? Nie wiem. I nawet mnie to niespecjalnie interesuje. To jest po prostu bardzo poprawne, bardzo smaczne i niedrogie jedzenie, do którego można wracać bez zastanawiania się, czy akurat trafisz dobrze. Czyli dokładnie tak jak z Petrą:
lokalny pewniak.
A czasami pewniak jest lepszy niż cała gastronomiczna rewolucja.
Kuchnia chińska
Złoty Smok – nasz numer jeden wśród klasycznych chińczyków
Jeżeli mielibyśmy wskazać jeden klasyczny chiński lokal we Wrocławiu, do którego wysyłamy ludzi bez większego zastanawiania się:
Złoty Smok.
Bez filozofii. Po prostu jest bardzo dobry. I nie tylko naszym zdaniem – znam naprawdę sporo osób, które stawiają go bardzo wysoko, często wręcz jako najlepszego chińczyka we Wrocławiu. Tylko trzeba kawałek podjechać. Złoty Smok jest na Nowym Dworze, więc z centrum nie wpadasz tam przypadkiem między Rynkiem a kolejnym zabytkiem. Trzeba pojechać. Ale dzisiaj, po uruchomieniu trasy tramwajowej na Nowy Dwór, jest to dużo łatwiejsze niż kiedyś. I warto. Co zamówić? Tutaj mam problem odwrotny niż zwykle. Bo zazwyczaj mówię:
bierz to, resztę możesz sobie odpuścić.
A w Złotym Smoku? Naprawdę ciężko źle trafić. Próbowaliśmy różnych rzeczy i wszystko było bardzo dobre. To jest właśnie ten klasyczny chińczyk, którego lubię najbardziej:
duże porcje, konkretne smaki, ładne podanie, bez przekombinowania.
I co ważne – jedzenie nie daje mi tego efektu „wszystko smakuje jednym agresywnym sosem”. Każde danie nadal ma własny charakter. I właśnie za to go lubię. Nie jest modnym azjatyckim fusion. Nie ma neonu z chińskim znakiem, którego nikt nie potrafi przeczytać, i koktajlu za 38 zł. To jest po prostu bardzo dobry, klasyczny chiński lokal. Taki, do którego jedziesz specjalnie, mimo że nie jest po drodze. A jeżeli człowiek jedzie przez pół miasta na chińczyka, to już chyba całkiem niezła rekomendacja. Nowy Dwór. Złoty Smok. Zamawiasz, co Ci pasuje. Bardzo trudno się rozczarować.
Chińczyk przy Armii Krajowej – ten, do którego po prostu chodzę najczęściej
Nie znam nawet jego nazwy na pamięć. I to chyba całkiem dobrze pokazuje, czym jest to miejsce. Chińczyk przy Armii Krajowej, naprzeciwko Hali Perła. Tyle wystarczy. Jadam tam chyba najczęściej ze wszystkich chińskich lokali we Wrocławiu, częściowo z bardzo prozaicznego powodu: po prostu mam go po drodze. Ale gdyby był słaby, to fakt, że jest po drodze, niewiele by mu pomógł. A jest naprawdę bardzo spoko. Co zamawiam? U mnie praktycznie zawsze wygrywa:
kurczak w mleczku kokosowym.
Czy dokładnie tak się nazywa w karcie – pewnie nie, ale ogarniecie – wierzę w Was. Ale wiecie, o jaki typ dania chodzi. Kremowe, kokosowe, konkretne, sycące. I za każdym razem działa. Nie mam potrzeby eksperymentowania z połową menu, jeżeli znalazłem danie, które po prostu lubię. Kalmary też mają swoich wyznawców. Kolega regularnie bierze tam kalmary i również twierdzi, że są bardzo dobre. Ja pozostaję jednak wierny swojej frakcji.
Team kurczak w mleczku kokosowym.
Nie będziemy wszczynać wojny domowej. I to jest ważna kategoria w takim przewodniku. Nie każde dobre miejsce musi być restauracją, do której jedziesz specjalnie przez całe miasto. Są też lokale, które stają się częścią Twojej codziennej geografii. Masz je po drodze. Wiesz, co zamówić. Wiesz, że będzie dobrze. Nie zastanawiasz się nad oceną na Google, bo byłeś tam już tyle razy, że sam jesteś statystyką. I właśnie takim miejscem jest dla mnie ten chińczyk. Armii Krajowej. Naprzeciwko Hali Perła. Kurczak w mleczku kokosowym. Prosty system. Działa.
Chińczyk na Grochowej – akwarium, czerwone obrusy i Wrocław, którego nie znajdziesz na TripAdvisorze
To jest dokładnie ten typ lokalu, którego nie da się już łatwo wyprodukować od zera. Trochę stary. Akwarium. Czerwone obrusy. Klasyczny wystrój chińskiej restauracji sprzed lat. I bardzo dobre jedzenie. Nie wszystko musi być nowe, designerskie i wyłożone mikrocementem. Czasami akwarium wygrywa. Tanio, dobrze i bez kombinowania, To jest właśnie największa zaleta tego miejsca:
Nie przychodzisz tu po doświadczenie premium.
Przychodzisz dobrze zjeść za normalne pieniądze. I działa. Jedzenie jest smaczne, porcje uczciwe, lokal ma swój własny klimat i nie próbuje udawać modnej azjatyckiej restauracji z centrum dużej europejskiej stolicy. Na marginesie:
piwa nie polecam.
Piast.Tyle w temacie. Sama okolica też robi klimat. Grochowa jest relatywnie blisko centrum, ale ma zupełnie inny charakter niż Rynek czy Nadodrze. To jest taki fragment miasta, który żyje swoim rytmem. Starsze bloki. Lokalne sklepy. Ludzie z psami. Trochę starego Wrocławia. Trochę chaosu. Trochę świata, który nie został jeszcze wygładzony pod Instagrama. I właśnie dlatego bardzo lubię takie miejsca. Bo oprócz obiadu dostajesz kawałek miasta, którego turystyczny przewodnik raczej Ci nie pokaże. Dlaczego warto? Bo czasami najlepsze miejsca nie są „ładne”. Są prawdziwe:
Akwarium. Czerwony obrus. Dobre jedzenie. Niewielki rachunek. I osiedle, które wygląda jak osiedle, a nie jak scenografia pod sesję zdjęciową.
Grochowa. Chińczyk. Akwarium. Naprawdę nie trzeba więcej.
Kuchnia indyjska
Mango Mama
Mango Mama – ale tylko ta na Ołbinie. Mango Mamę lubimy. Ale od razu ważne zastrzeżenie:
Mango Mama na Ołbinie. Ta pierwsza, ta z klimatem. Koniec.
Reszta może sobie być. Dzisiaj z Mango Mamy zrobiła się już większa marka, są lokale w galeriach, są kolejne punkty w mieście, jest nawet Mango Mama na Gaju. Ale dla mnie to nie jest to samo. Pierwszy lokal robi różnicę. I to jest bardzo dobry przykład miejsca, przy którym sama nazwa sieci kompletnie nie wystarcza. Bo można skopiować menu. Można skopiować logo. Można skopiować kolory, meble i sposób podania. Ale klimatu pierwszego lokalu już tak łatwo nie skopiujesz. Ten na Ołbinie ma po prostu coś swojego. Położenie. Okolicę. Atmosferę. To poczucie, że jesteś w konkretnym miejscu, a nie w kolejnym punkcie marki w galerii handlowej. A jedzenie?
Bardzo solidne. Naprawdę. Dobry, porządny Hindus.
Bez potrzeby opowiadania przez pięć akapitów o przyprawach przywożonych z konkretnego zbocza Himalajów. Jest smacznie. Jest w miarę rozsądnie cenowo. Można zjeść konkretnie. I człowiek wychodzi zadowolony. Czego chcieć więcej? Dlaczego właśnie ten lokal?
Bo gastronomia to nie tylko karta. To też miejsce.
I dlatego jeśli ktoś mnie pyta:
„Mango Mama?”
to odpowiedź brzmi: Tak. Ale Ołbin. Nie galeria. Nie kolejny punkt. Ołbin. Tam to ma sens. I właśnie tę Mango Mamę polecamy.
Masala Grill & Bar – jeden z niewielu powodów, żeby jeść na Rynku
Masala Grill & Bar przy Kuźniczej to jest dla mnie trochę ewenement.
Bo mam problem z jedzeniem w ścisłym centrum Wrocławia. Dużo lokali. Dużo turystów. Dużo adresów, które wyglądają lepiej niż smakują. A tutaj?
Naprawdę bardzo dobre jedzenie.
I jeden z nielicznych lokali w tej części miasta, do których faktycznie mam ochotę wracać. Hindus, ale z bardzo dobrym alkoholem. I właśnie to jest najciekawsze. Bo równie dobrze mógłbym polecić Masalę tylko za kuchnię indyjską. Jedzenie jest bardzo dobre. Konkretne. Dobrze zrobione.
Ale dochodzi do tego jeszcze jedna rzecz: oni naprawdę wiedzą, co leją.
To nie jest piwo dobrane według zasady:
„dajcie cokolwiek, byle było IPA i miało ładną etykietę”.
Często trafiają się piwa z Czterech Ścian z Trzebnicy, czyli lokalnego browaru. I co ważniejsze – obsługa faktycznie ogarnia temat. Możesz pogadać. Możesz zapytać. Możesz dostać sensowną rekomendację. Czyli trochę jak w dobrym pubie piwnym, tylko przy okazji jesz świetnego Hindusa. Piękna konfiguracja. Wino też nie jest przypadkowe. To samo z winem. Nie wygląda to jak karta zrobiona na zasadzie czerwone, białe, różowe, prosecco i do widzenia. Dobór alkoholu jest po prostu przemyślany. I to bardzo podnosi wartość miejsca. Bo masz restaurację, w której jedzenie i picie są na podobnym poziomie, zamiast sytuacji, gdzie kuchnia robi robotę, a do tego dostajesz pierwszego lepszego lagera z hurtowni. I ten ogródek
Masala ma też ten specyficzny, oszklony ogródek przy ulicy. Trochę dziwny. Trochę charakterystyczny.
Ale zimą robi się naprawdę przyjemny, bo dochodzą jeszcze ogrzewacze z żywym ogniem. Siedzisz praktycznie przy Rynku, za szybą, ciepło, jedzenie przed Tobą, dobre piwo albo wino. I nagle centrum miasta przestaje być pułapką turystyczną. Jeden z moich wyjątków od reguły. Bo generalnie, jeśli ktoś mnie pyta:
„gdzie dobrze zjeść przy Rynku?”
to moja pierwsza myśl brzmi zwykle: „a musisz?”
Masala jest jednym z wyjątków. Tak jak kilka starych wrocławskich klasyków, do których faktycznie warto wejść. Dobry Hindus. Dobre piwo. Dobre wino. Obsługa, która wie, co podaje. I lokalizacja w samym centrum. To jest zaskakująco rzadkie połączenie. A minus? W pojedynkę tanio nie jest, ale w więcej osbób gdy dzielimy się jedzeniem i pamietamy, że to rynek to ceny nie szkoują.
Dlatego Masala Grill & Bar naprawdę zasługuje na miejsce w tym przewodniku.
Kuchnia gruzińska
Pan Gruzin – ten na Jedności Narodowej, bo tutaj można normalnie usiąść
Pan Gruzin to już większa sieć. I zazwyczaj działa według bardzo prostego modelu:
bierzesz gruziński placek do ręki i idziesz dalej.
Co samo w sobie jest okej. Tylko że na Jedności Narodowej, już bliżej Mostów Warszawskich i Kromera, jest punkt, który lubię znacznie bardziej. Bo tam można po prostu usiąść. I nagle z szybkiego jedzenia robi się całkiem sensowny przystanek. Co brać? Te ich gruzińskie placki. Są naprawdę bardzo solidne. Ciepłe, konkretne, sycące, z mięsem albo serem, zależnie od wersji. I za jakieś 15 zł można się naprawdę dobrze najeść. Czyli masz:
dużo jedzenia, sporo białka, normalną cenę i jeszcze krzesło.
No Luksus.
Dlaczego akurat ten lokal? Bo nie jest tylko punktem typu: weź, zapłać, idź. Można przysiąść, zjeść spokojnie i odpocząć chwilę. A że to już kierunek na północ miasta, w stronę Kromera, Psiego Pola i dalszych osiedli, to robi się z tego bardzo praktyczne miejsce po drodze. Inne punkty? Są okej. To nadal Pan Gruzin. Ale jeśli mam komuś wskazać jeden konkretny, to:
Jedności Narodowej.
Bo jedzenie jest takie samo albo bardzo podobne, a samo doświadczenie po prostu lepsze. I znowu wychodzi nam zasada, która przewija się przez ten cały przewodnik: nie tylko marka ma znaczenie. Konkretny lokal też. Pan Gruzin – tak. Ale najlepiej ten, gdzie nie musisz jeść chodząc.
Gruzin w Starterze – kiedy chcesz usiąść, zjeść konkretnie i wypić do tego wino
To już jest zupełnie inna kategoria niż Pan Gruzin.
Nie bierzesz placka do ręki i nie idziesz dalej. Tutaj masz pełnoprawną restaurację gruzińską na dole Startera, przy zbiegu Kochanowskiego i okolic placu Grunwaldzkiego. Siadasz. Zamawiasz. Możesz napić się wina albo piwa. I zjeść jak człowiek, który świadomie przyszedł dostarczyć sobie dzisiaj trochę więcej kalorii. Co zamówić? Dla mnie bez dyskusji:
chaczapuri adżarskie.
Ta gruzińska łódeczka z serem i jajkiem na środku. Ser gorący. Żółtko jeszcze lekko płynne. Mieszasz to wszystko razem i nagle przestajesz przejmować się jakimikolwiek tabelami kalorii.
Boże, jakie to jest dobre. I sycące. Bardzo.
Gruzińska kuchnia generalnie nie została przecież wymyślona dla ludzi, którzy chcą po obiedzie zastanawiać się, czy wystarczyło im jednego listka rukoli. Tu jest:
Jajko. Mięso. Ser. Ciasto. Konkret.
JMSCK = kolejny żart programisty. Piękna technologia
Lokalizacja też jest bardzo dobra. To okolice placu Grunwaldzkiego, czyli jednego z głównych węzłów miasta. Tramwajów i autobusów jest tam tyle, że naprawdę trudno tłumaczyć się logistyką. Z centrum dojedziesz szybko. Z innych części miasta również. Czyli niby trzeba kawałek podjechać, ale nadal jesteś praktycznie w centralnej części Wrocławia. Kiedy warto wybrać właśnie ten lokal? Kiedy chcesz zjeść po gruzińsku, ale trochę bardziej restauracyjnie. Nie na stojąco. Nie z papierka. Nie pomiędzy jednym tramwajem a drugim. Tylko:
usiąść, zamówić jedzenie, napić się czegoś i spokojnie posiedzieć.
Jedzenie jest bardzo solidne, porcje konkretne, ceny nadal rozsądne jak na ilość jedzenia, którą dostajesz. I tutaj właściwie nie trzeba już więcej filozofować. Gruzin jak Gruzin:
-
- Dużo sera.
-
- Dużo mięsa.
-
- Dużo kalorii.
-
- Dużo szczęścia.
A jeśli na stole pojawia się jeszcze gorące chaczapuri z płynnym żółtkiem, to naprawdę trudno mieć do życia większe pretensje.
Samarqand – uzbecko-gruziński konkret przy samym dworcu
Samarqand na Stawowej jest dla mnie trochę odpowiednikiem tego Gruzina ze Startera. Tylko w wersji:
centrum miasta, kilka minut od PKP, kalorii tyle samo albo więcej.
I to jest ważne, bo okolice Dworca Głównego i Arkad są pod tym względem trochę niewdzięczne. Niby centrum. Niby wszystko dookoła. A jak chcesz normalnie, dobrze i konkretnie zjeść, to nagle okazuje się, że wcale nie ma aż tak wielkiego wyboru. I wtedy wchodzi Samarqand. Lokal jest… specyficzny To nie jest miejsce, które zachwyca architekturą. Trochę buda. Trochę lokal dobudowany do lokalu. Trochę ogródek, który w międzyczasie chyba też został lokalem. Całość wygląda trochę tak, jakby ktoś przez lata dokładał kolejne elementy i w pewnym momencie uznał:
dobra, działa, nie ruszamy.
I bardzo dobrze. Bo jedzenie robi całą robotę. Co tam jest fajnego? To jest kuchnia uzbecka i gruzińska, czyli nie przychodzisz tam po lekki lunch i listki. Przychodzisz po:
ciasto, mięso, ser, ryż, tłuszcz, dużo kalorii i święty spokój na pół dnia.
Jesz. Jeszcze jesz. Potem myślisz, że już jesteś pełny. Jesz dalej. I temat głodu masz zamknięty na długi czas. I jest naprawdę smacznie To nie jest tylko kwestia wielkich porcji. Jedzenie jest po prostu dobre. Solidne. Konkretne. Ceny też są nadal w miarę przyzwoite jak na to, ile człowiek dostaje na talerzu. Do tego mają wino, które wspominam całkiem dobrze. Piwo też jest, ale jakie dokładnie – nie pamiętam, więc nie będziemy wymyślać. Mały gastronomiczny cheat code przy PKP I chyba właśnie dlatego tak go lubię. Pierwszy raz trafiłem tam trochę przypadkiem i miałem dokładnie reakcję:
„Serio? Tutaj?”
Bo lokal wygląda niepozornie, okolica nie kojarzy się jakoś szczególnie z dobrym jedzeniem, a potem dostajesz naprawdę solidny obiad. Jeżeli ktoś: wysiada na Dworcu Głównym, pracuje w okolicy Stawowej czy Arkad, albo po prostu kręci się po południowej części centrum, to Samarqand jest bardzo dobrym adresem. Nie dla minimalistów. Nie dla ludzi, którzy liczą rukolę. Dla ludzi, którzy chcą zjeść.
Dużo. Dobrze. I potem przez kilka godzin nie myśleć o jedzeniu.
Japońskie przysmaki – kuchnia japońska we Wrocławiu
Panda Ramen – klasyk, do którego po prostu się wraca
Jeżeli ktoś mówi ramen we Wrocławiu, Panda jest jednym z pierwszych miejsc, które przychodzą nam do głowy. I konkretnie: Białoskórnicza. Samo centrum miasta, bardzo blisko Rynku, w takim miejscu, że łatwo tam trafić właściwie z każdej strony. Co zamówić? I tu akurat mam problem. Bo za każdym razem biorę coś innego. Nie mam jednej świętej konfiguracji, której będę bronił jak niepodległości. I chyba to też coś mówi o tym miejscu.
Po prostu można tam wracać i testować dalej. Sam ramen? Bardzo solidny. Naprawdę. To nie jest miejsce, które musimy pompować metaforami. Po prostu:
dobry bulion, dobre dodatki, konkretna porcja, człowiek wychodzi zadowolony.
Mój młody też Pandę bardzo lubi, więc mamy tutaj dość szeroką akceptację społeczną. Mają też dobre piwo. I to mnie zawsze trochę cieszy. Bo nie każdy ramenowy lokal traktuje piwo poważnie, a tutaj można dostać coś sensownego do jedzenia. Mają też matchę. Wiem, bo byłem tam kiedyś na takiej pół-randce i dziewczyna zamówiła matchę
Byłem zaskoczony. Ale żyję. I nazwa też jest trochę dobra. Panda. Albo:
Pan-da.
Nie wiem, czy ktoś to kiedyś planował, ale działa. Jest też druga szkoła. We Wrocławiu jest jeszcze inny ramenowy lokal, przed którym regularnie widać kolejkę.
Ato Ramen.
Tylko że jeszcze tam nie jadłem, bo tak na strzelnicy jak z jedzeniem nie lubimy kolejek. A mamy prostą zasadę:
kolejka nie jest recenzją.
Dlatego do tego czasu Panda zostaje jednym z naszych pewniaków. Białoskórnicza. Centrum. Dobry ramen. Dobre piwo. Matcha też jest.
I naprawdę niewiele więcej trzeba choć zdania ekspertów są podzielone, gdyż Bartosz już tam jadł i uważa, że Ato ramen jest jeszcze lepszy. Ale że to rzut beretem od siebie to cóż szkodzi sprawdzić oba!
Kochana Sushi – Ołtaszyn. Nasz numer jeden, ale piwo zostawcie w lodówce
Tutaj rekomendacja jest wyjątkowo mocna. Sushi we Wrocławiu przetestowaliśmy naprawdę dużo. I jeśli mam wskazać jedno miejsce, do którego najchętniej wracam:
Kochana Sushi na Ołtaszynie.
Bez kombinowania. Dla mnie numer jeden. Sushi jest absurdalnie dobre. To jest jedno z tych miejsc, w których tracę jakąkolwiek kontrolę nad rozsądną wielkością zamówienia. Sam potrafię zjeść zestaw przewidziany dla trzech osób.
I nie jestem z tego szczególnie dumny.
Ale też nie żałuję. Bo sushi mają po prostu świetne. Do tego jest ten ich japoński chrzan krojony w małą kostkę – dokładnej nazwy nawet nie będę udawał, że pamiętam – ale jest fenomenalny. I koniecznie tatar z bluefina. To trzeba dopisać dużymi literami:
TATAR Z TUŃCZYKA BLUEFIN.
Boże. Jakie to jest dobre. Tanio? Nie. Ale umówmy się – dobre sushi generalnie nie jest kategorią gastronomiczną pod tytułem „obiad za trzynaście złotych”. Jeżeli już tam jesteście i chcecie spróbować czegoś poza samym sushi, tatar z bluefina jest moją bardzo mocną rekomendacją. Ramen? Można odpuścić. I właśnie dlatego ten przewodnik nie jest laurką. Ramen mają moim zdaniem średni. Nie tragiczny. Po prostu przy tak dobrym sushi naprawdę nie widzę powodu, żeby iść tam właśnie po ramen. Po co. Herbata i sake – zdecydowanie tak. Za to bardzo dobrze wypadają:
herbaty i sake.
I to jest moim zdaniem idealny kierunek do sushi. Natomiast teraz dochodzimy do mojego małego apelu do Kochana Sushi. Kochana Sushi, kupcie dobre polskie piwo. Naprawdę. Proszę. Bo japońskie piwa, które tam próbowałem, były:
drogie i zwyczajnie mi nie smakowały.
I nie przekonuje mnie argument:
„ale to jest prawdziwe japońskie, na japońskiej wodzie”.
Próbowałem. Woda nie pomogła. Może jestem barbarzyńcą. Trudno. Dajcie mi do tego sushi porządne polskie piwo kraftowe i będę człowiekiem kompletnym. Do tego czasu:
sake albo herbata.
Piwo niech spokojnie zostanie w lodówce. Tylko nie jedźcie tam o 16:00. Ołtaszyn ma jeden problem.
Dojazd.
To nie jest ścisłe centrum, więc trzeba tam podjechać samochodem albo autobusem. A okolica potrafi się bardzo mocno korkować. Szczególnie okolice 15:00–17:00 potrafią zamienić wyjazd na sushi w osobny projekt logistyczny. Jeżeli możecie, wybierzcie inną godzinę. Podsumowując, jeżeli chodzi o Kochana Sushi, system jest prosty:
sushi – zdecydowanie tak. tatar z bluefina – bardzo tak. sake – tak. herbata – tak. ramen – są lepsze miejsca. piwo – absolutnie nie jest powodem, dla którego tu przychodzimy.
I mimo tych uwag? Nadal nasz numer jeden wśród sushi we Wrocławiu. Bo jak lokal potrafi sprawić, że dorosły człowiek patrzy na zestaw dla trzech osób i myśli:
„spokojnie, dam radę”,
to znaczy, że robi coś bardzo dobrze.
Śniadania
Dinette – nasze śniadaniowe numer jeden. Później jest trochę przerwy
Jeżeli mielibyśmy zrobić ranking śniadaniowni we Wrocławiu, to u nas wyglądałby mniej więcej tak:
1. Dinette.
A później przez chwilę nic. Naprawdę.
Dinette dostało wyróżnienie Michelin – nie gwiazdkę, ale samo pojawienie się w tym świecie nie jest tutaj przypadkiem. I co najważniejsze – nie trzeba brać kredytu, żeby tam zjeść śniadanie. Cenowo wypada mniej więcej tak samo jak inne dobre śniadaniownie we Wrocławiu. Tylko że moim zdaniem często dostajesz więcej jedzenia i lepsze jedzenie. Chałka. Boże, chałka. Możesz wziąć właściwie dowolne śniadanie. Serio. Nie mam tutaj jednej pozycji, przy której będę mówił: „resztę zostaw”. Poziom jest bardzo równy. Ale jeśli miałbym coś szczególnie wskazać, to:
chałka. Z dżemem.
Prosta rzecz, a człowiek siedzi i się zastanawia, dlaczego zwykła chałka może być aż tak dobra. I właśnie to lubię w Dinette. Nie muszą robić z każdego talerza instalacji artystycznej. Po prostu wszystko jest bardzo dobrze zrobione. I to jest najlepsze – oni trzymają poziom niezaelżnie od pory roku i sezonowego menu. Byłem tam wiele razy. Z byłą aż za dużo razy Różne śniadania. Różne dni. I właściwie nie pamiętam sytuacji, żebym wyszedł i pomyślał:
„dzisiaj coś im nie poszło”.
Bierzesz rzecz z karty. Jesz. Jest dobrze. Następnym razem bierzesz inną. Też jest dobrze.
To brzmi banalnie, ale właśnie taka powtarzalność jest jedną z najtrudniejszych rzeczy w gastronomii. Dzisiaj są w Renomie. I to jest dodatkowa zaleta. Bo Renoma sama w sobie jest pięknym budynkiem – stary dom handlowy, kawał wrocławskiej architektury i historii. W środku Dinette też wygląda świetnie. A jeśli jakimś cudem uda się dostać miejsce przy oknie, z widokiem na okolice placu Kościuszki i Świdnickiej, to robi się z tego coś więcej niż tylko śniadanie. Siedzisz. Jesz. Patrzysz na miasto. I przez chwilę naprawdę nie trzeba niczego więcej. Ja uwielbiam te miejsca przy oknie. Tylko najpierw trzeba się dostać do środka. Bo jest jeden problem. Pamiętacie jak pisałem czego nie lubimy:
Kolejki. KOLLLEJKI!
Szczególnie w soboty i niedziele. Te 30–40 minut czekania rano absolutnie potrafi się wydarzyć. Więc jeśli planujesz weekendowe śniadanie, trzeba brać poprawkę na to, że pół Wrocławia może mieć dokładnie ten sam pomysł. I dlatego z wyborem stolika też bywa trochę teoretycznie.
„Chcielibyśmy przy oknie.”
Świetnie. My też. I jeszcze czterdzieści osób przed nami. Kiedyś było jeszcze lepiej. W starym lokalu przy Świdnickiej, w okolicach Monopolu, była kiedyś piękna rzecz:
kawa do śniadania w cenie.
Dzisiaj już tego nie ma. Szkoda. Ale przeżyjemy. Bo poziom jedzenia nadal jest taki, że warto przyjść bez darmowej kawy. A piwo? Dobre. Naprawdę. Tylko cena potrafi zrobić człowiekowi poranne:
„przepraszam, ile?”
Coś w okolicach 25–28 zł za piwo to już dla mnie zakres, w którym zaczynam oczekiwać, że browar przyniesie mi je osobiście. Więc:
śniadanie – zdecydowanie tak. chałka – bardzo tak. kawa – tak. piwo – dobre, ale rachunek boli.
Nasz numer jeden (Bartosz i Paweł kiwają głową z pełną aprobatą). Dinette nie wygrywa u nas dlatego, że ma Michelin. Wygrywa, bo za każdym razem jest po prostu bardzo dobre.
Jedzenie. Miejsce. Porcje. Widok. Klimat Renomy.
JMPWK – dobra muszę przystopować z tym programowaniem I nawet ta kolejka trochę mówi sama za siebie. Jeżeli pytasz mnie, gdzie iść na śniadanie we Wrocławiu i mam podać jedno miejsce:
Dinette.
Później możemy zacząć dyskusję o reszcie.
ORZO – nowocześnie, ładnie i bardzo solidnie w samym centrum
ORZO jest zupełnie inne niż Dinette. I to jest akurat jego zaleta. Lokal jest przy Nowym Targu, obok Urzędu Miasta, praktycznie w samym centrum Wrocławia. Nowocześniejszy budynek, zupełnie inny klimat, dużo mniej historii w ścianach, za to:
ładnie, jasno, instagramowo i po prostu bardzo przyjemnie.
Śniadania są naprawdę solidne. I co ciekawe – cenowo wcale nie jest źle. Mam wręcz wrażenie, że może wychodzić trochę taniej niż Dinette, a porcje są naprawdę konkretne. Nie jest to śniadanie, po którym po godzinie zaczynasz się zastanawiać, gdzie jest drugie śniadanie. Dostajesz dużo. Dostajesz dobrze. I nie zostawiasz połowy wypłaty.
Czy jest lepsze od Dinette?
Nie.
Ale też nie powinno próbować nim być. Dinette ma dla mnie tę przewagę, że dochodzi jeszcze Renoma, historia miejsca, widok przez okno, cały ten trochę bardziej wrocławski rytuał. ORZO działa inaczej. Tu wszystko jest:
nowoczesne, dopracowane, estetyczne i bardzo poprawne.
I „poprawne” nie jest tutaj obelgą w końcu te słowa określają hasło „Product-Grade Excellence”. Bo jeśli przychodzisz na śniadanie i dostajesz dokładnie to, czego oczekiwałeś – dobrą porcję, dobre jedzenie, fajny lokal i normalny rachunek – to czego właściwie jeszcze potrzeba?
Bardzo dobre miejsce, jeśli jesteś w centrum. To też ogromny plus. Rynek, Nowy Targ, centrum miasta – wszystko masz kilka minut stąd. Więc jeśli zwiedzasz Wrocław albo po prostu jesteś rano w tej części miasta i chcesz zjeść porządne śniadanie:
ORZO jest naprawdę bezpiecznym wyborem.
Nie ma tu nostalgii Dinette. Jest za to współczesne, miejskie śniadanie zrobione tak, jak trzeba. Duża porcja. Rozsądna cena. Ładny lokal. Samo centrum. Dinette jest moim numerem jeden. Ale ORZO spokojnie siedzi w tej grupie miejsc, które mogę polecić bez żadnego „ale”. Bardzo solidny wybór na śniadanie.
Gniazdo – śniadanie może i niedrogie, ale deser już na Ciebie czeka
Gniazdo jest trochę podstępne. Patrzysz na kartę i myślisz:
„O, całkiem sensownie cenowo.”
Bierzesz śniadanie. Potem patrzysz na witrynę z deserami. I nagle rachunek robi się największy ze wszystkich śniadaniowni, do których chodzisz. Przypadek? Nie sądzę. Jedzenie? Solidne. Porcje są konkretne, ceny samych śniadań raczej rozsądne, wszystko jest dobrze zrobione i można się porządnie najeść. Czy mam jedną pozycję, dla której jadę przez pół miasta? Nie. To nie jest ten typ miejsca. Tutaj siłą jest raczej cały pakiet:
dobre śniadanie, fajny lokal, centrum miasta i deser, którego miałeś nie brać.
Desery są pułapką I mówię to z pełnym szacunkiem. Są wyeksponowane tak, że człowiek po prostu zaczyna prowadzić negocjacje sam ze sobą.
„Nie biorę.” „No dobra, zobaczę tylko.” „Może jedno.”
I już po wszystkim. Są naprawdę bardzo dobre. Więc jeśli liczysz kalorie, to najlepiej od razu wpisz deser. Zaoszczędzisz sobie rozczarowania sobą później. Lokalizacja też robi robotę Gniazdo jest przy Operze, czyli praktycznie w samym centrum miasta. Do tego ma taki fajny, jasny fragment lokalu, coś pomiędzy wewnętrznym patio a zadaszonym ogródkiem. Formalnie trudno to nazwać ogródkiem. Ale jest jasno, spokojnie i bardzo przyjemnie. Dobre miejsce, żeby rano usiąść trochę dłużej zamiast tylko szybko coś zjeść i uciekać. Czy polecam? Tak. Bardzo. Tylko uczciwie:
Gniazdo nie wygrywa u mnie samym śniadaniem.
Wygrywa całym zestawem. Lokalizacją. Dużymi porcjami. Przyjemnym wnętrzem. I tymi cholernymi deserami. Więc jeżeli wejdziesz tam z budżetem tylko na śniadanie, to powodzenia. Oni dokładnie wiedzą, co robią.
Bułka z Masłem – Włodkowica, fosa i śniadanie, do którego naprawdę trudno się przyczepić
Bułka z Masłem przy Włodkowica to jest trochę taki przypadek miejsca, o którym trudno napisać coś sensacyjnego. I bardzo dobrze. Bo ono po prostu robi to, co powinno robić dobre miejsce śniadaniowe:
duże porcje, dobre jedzenie, przyjemny lokal i człowiek wychodzi zadowolony.
Bez wielkiej filozofii. Lokalizacja robi robotę. To właściwie samo centrum miasta, ale jednocześnie trochę schowane. Jest tam takie przyjemne podwórko, a latem dużym plusem jest widok w stronę fosy miejskiej. I właśnie wtedy to miejsce zyskuje najwięcej. Siedzisz sobie trochę obok całego ruchu centrum, jesz śniadanie i masz wokół trochę zieleni, trochę wody, trochę starego Wrocławia. Bardzo przyjemna konfiguracja. Śniadania? Solidne. Naprawdę. Nie mam tam jednej pozycji, o której powiem:
„musisz wziąć dokładnie to”.
Po prostu wielokrotnie jadłem i zawsze było dobrze. Porcje są duże. Jedzenie smaczne. Nie wychodzisz głodny. I właściwie nie ma się do czego przypierdzielić, co w gastronomii jest już bardzo dobrą rekomendacją. Tylko godziny warto sprawdzić. Z tego, co pamiętam, Bułka z Masłem otwierała się trochę później niż część innych śniadaniowni. Zdarzało mi się w niedzielę przyjść około 10:00 i chwilę czekać przed wejściem. Więc przed poranną wyprawą warto zerknąć w aktualne godziny, żeby nie robić sobie nieplanowanego spaceru wokół fosy. Chociaż akurat tam spacer nie jest najgorszą karą. I chyba dochodzimy do ważnego wniosku
Z tymi śniadaniowniami we Wrocławiu jest trochę zabawnie. Bo:
Dinette jest świetne. ORZO jest świetne. Gniazdo jest świetne. Bułka z Masłem też jest świetna.
I zamiast na siłę wybierać jednego zwycięzcę, chyba najlepiej przyjechać na tydzień i każdego dnia zjeść śniadanie gdzie indziej. Dopiero wtedy zobaczyć, co komu najbardziej pasuje. Ja mam serce przy Dinette. Ale do Bułki z Masłem wracałem wiele razy i zawsze wychodziłem zadowolony. Włodkowica. Podwórko. Fosa. Duże śniadanie. Bardzo trudno tutaj zrobić sobie krzywdę.
Bez kategorii 🙂 – inne miejsca, które warto znać we Wrocławiu
Hard Rock Cafe – drogo jak cholera, ale jedzenie naprawdę robi robotę
Hard Rock Cafe wrzucam trochę do kategorii:
„nie obchodzi mnie, że to sieciówka”.
Bo czasami przewodniki wpadają w dziwną pułapkę, w której polecać można wyłącznie mikroknajpę prowadzoną od trzech pokoleń przez jedną rodzinę, z recepturą zapisaną ołówkiem w 1967 roku. Nie. Jeżeli sieciówka robi dobre jedzenie, to też można po prostu powiedzieć:
robi dobre jedzenie.
A Hard Rock Cafe robi. I to naprawdę cholernie dobre. Co zamówić? Szczerze? Cokolwiek. Ja chyba nie pamiętam tam dania, przy którym pomyślałem: „no, takie sobie”. Wręcz przeciwnie. To jest dla mnie jedno z tych miejsc, gdzie praktycznie za każdym razem dostajesz jedzenie zrobione tak dobrze, że zaczynasz się zastanawiać, dlaczego sieciówka potrafi dowieźć poziom lepiej niż połowa „autorskich konceptów”.
Burgery. Desery. Super dodatki. Mięso.
No dobra, bo obiecałem, że koniec ze skrótami, ale wszystko tutaj jest po prostu bardzo solidne. Ale tanio nie jest. Żeby nie było niedomówień. Jest drogo. Normalny obiad czy kolacja potrafią spokojnie wejść w okolice 250 zł na osobę, zwłaszcza jeśli dorzucisz napoje i coś więcej niż jedno danie. A przy większym stole rachunek potrafi zrobić się naprawdę bolesny. To nie jest miejsce pod hasłem: „gdzie dobrze i tanio zjeść we Wrocławiu”. To jest raczej: „gdzie zjeść bardzo dobrze, jeśli dzisiaj nie chcemy patrzeć na paragon”. Obsługa jest absolutnie topowa. I tutaj Hard Rock ma ogromną przewagę. Obsługa naprawdę jest na bardzo wysokim poziomie. Chcesz coś zmienić w daniu? Zapytasz:
„A można to zrobić z czymś, czego właściwie nie ma w tej konfiguracji?”
Bardzo często odpowiedź brzmi: „jasne”.
Masz alergię? Tu nie ma machnięcia ręką i: „chyba nie ma”. Przychodzi manager i ustala z szefem kuchni jak Cię nakarmić, żeby Cię nie zabić. Temat jest traktowany poważnie. Obsługa zna kartę, angażuje się i faktycznie próbuje rozwiązać problem. I przy takich cenach właśnie tego oczekuję. Wystrój też robi swoje. Hard Rock jest Hard Rockiem.
Memorabilia. Stroje. Instrumenty. Rzeczy związane z muzyką i gwiazdami.
Cały ten trochę przesadzony amerykański teatr. Ale tutaj on pasuje. Jesteś w samym centrum, jesz bardzo dobre jedzenie i przy okazji masz lokal, w którym jest na co patrzeć. To nie jest przypadkowe wnętrze z katalogu mebli. I wszystko byłoby idealnie, gdyby nie piwo.
Boże. To jest dla mnie największy dramat tego miejsca.
Robicie tak dobre jedzenie. Macie świetną obsługę. Fajny wystrój. Centralną lokalizację. Ceny premium. I potem do tego wszystkiego: Żywiec.
Serio? Przy rachunku, który potrafi przebić tysiaka za stół, naprawdę chciałbym mieć możliwość zamówienia jakiegoś porządnego regionalnego albo kraftowego piwa. Niech będzie jedno. Dwa. Cokolwiek.
Bo jedzenie zasługuje na lepszego partnera.
Dzbanki są przynajmniej fajne Żeby nie było. Dzbanek piwa to dobry wynalazek. Nie trzeba zamawiać kolejnego co chwilę, człowiek ma spokój i może się skupić na jedzeniu. Żona też patrzy trochę mniej srogo, jak zamówisz dwa dzbanki i większość wypijasz bo “nie masz już miejsca, to poświęcę się i wypije, szkoda żeby się zmarnowało ”.
Tylko jeszcze żeby w tym dzbanku było coś ciekawszego. I byłbym człowiekiem szczęśliwym. Czy polecam? Tak. Bardzo. Jeżeli masz budżet. Hard Rock Cafe nie jest lokalnym sekretem. Nie jest tanie. Nie jest też miejscem, które wpisuje się w narrację „tylko małe, niezależne knajpki są prawdziwe”.
I dla mnie to wystarczy. Tylko błagam. Dajcie temu jedzeniu lepsze piwo!
Pochlebna – trochę śniadaniownia, trochę pub, trochę miejsce do siedzenia pół dnia
Pochlebna przy św. Antoniego jest trochę trudna do wsadzenia do jednej szuflady. Bo niby śniadaniownia. Niby bardziej restauracyjnie. Niby trochę pub. Niby miejsce, gdzie ludzie siedzą z laptopami i pracują. A w praktyce właśnie to działa najlepiej. Śniadania są bardziej autorskie To nie jest tylko:
jajko, pieczywo, awokado, kawa i do widzenia.
Mają trochę bardziej własne pomysły, trochę bardziej „kraftowe” podejście do jedzenia i czuć, że pieczywo nie jest tam przypadkowym dodatkiem. Zresztą sama nazwa już trochę zdradza kierunek. Pochlebna. I tak – pieczywo robi tam robotę. Ale to nie jest lokal tylko na rano I za to lubię go najbardziej. Możesz przyjść na śniadanie. Możesz przyjść później. Możesz usiąść przy czymś do jedzenia, napić się soku albo piwa i po prostu zostać dłużej. To nie jest ten typ miejsca, gdzie po zjedzeniu ostatniego kęsa czujesz, że powinieneś natychmiast zwolnić stolik. Raczej odwrotnie. Masz ochotę jeszcze chwilę posiedzieć. Wnętrze też ma klimat. Pamiętam taką fajną antresolkę. Trochę ludzi przy laptopach. Trochę spotkań. Trochę jedzenia. Trochę pracy. Taki nowoczesny miejski lokal, ale bez przesadnego nadęcia. Nie wygląda jak coworking, który przypadkiem ma kuchnię. Nie wygląda też jak restauracja, w której boisz się wyjąć komputer. Po prostu dobrze się tam siedzi.
I właśnie dlatego wracałem. Są miejsca, które polecasz, bo mają jedno konkretne danie. A są takie, które polecasz dlatego, że dobrze się w nich funkcjonuje. Pochlebna jest dla mnie właśnie tym drugim przypadkiem. Czyli w praktyce:
jeden z lepszych wynalazków ludzkości.
Bo dlaczego lokal ma działać tylko do 13:00? Pochlebna ma ten fajny balans między porankiem a wieczorem. I właśnie za to ją lubię. Świętego Antoniego. Dobre jedzenie. Dobre śniadania. Laptopy. Antresolka. I miejsce, w którym po prostu chce się siedzieć.
Piwo i inne przysmaki
Marynka – numer jeden w moim serduszku
Dział „Piwo i inne przysmaki” musimy zacząć od Marynki. Nie dlatego, że jest największa. Nie dlatego, że jest najładniejsza. Nie dlatego, że ma najbardziej instagramowy ogródek. Tylko dlatego, że kiedy myślę:
kraftowe piwo we Wrocławiu
to pierwsze słowo, które pojawia mi się w głowie, brzmi:
Marynka.
Lokal, który najpierw trzeba znaleźć. Marynka siedzi w ścisłym centrum, na podwórku na którym bawił się najwybitniejszy wrocławianin – Max Born, ale jednocześnie jest trochę schowana przed światem. Jakaś brama. Jakieś podwórko. Jakieś zaplecze. Przechodzisz przez miejsce, przy którym przez chwilę zastanawiasz się, czy naprawdę tutaj miało być. I właśnie wtedy prawdopodobnie idziesz dobrze. Sam lokal? Nieszczególny. Ogródek? Też nieszczególny. I to jest w tym wszystkim najpiękniejsze. Bo potem siadasz pomiędzy kamienicami, patrzysz na tablicę z piwami i zaczynasz rozumieć, po co tu przyszedłeś. Tutaj ktoś naprawdę wybiera piwo. Kilkanaście kranów. Rotacja. Różne style. I przede wszystkim bardzo często czuć, że to nie jest lista ułożona według zasady:
trzy IPA, jakiś pils, kwaśne z mango, bo modne, i fajrant.
Ktoś nad tym myśli. Ktoś tego próbuje. Ktoś podejmuje decyzje.
Piłem w Marynce jedne z najlepszych piw w swoim życiu. Takich naprawdę absurdalnych sztosów, po których człowiek przez chwilę siedzi nad szklanką i myśli: jak oni to zrobili? Chociaż ostatnio trochę się na siebie obraziliśmy. Bo była zima. Przyszedłem. I nie było porządnego mocnego stouta ani portera. No przepraszam bardzo. Zima jest właśnie po to, żeby pić stouty i portery. To są podstawowe prawa natury. I wtedy trochę się zdenerwowałem. Ale to jest właśnie taka relacja. Kocham Marynkę. Czasami na nią narzekam. Czasami uważam, że kiedyś bywało jeszcze lepiej. Czasami mam wrażenie, że po osiągnięciu bardzo wysokiego poziomu zaczęli miejscami kombinować o jeden krok za daleko. A potem znowu tam idę.
Bo gdzie mam iść? Kawał historii wrocławskiego kraftu. Marynka jest związana z początkiem wrocławskiej rewolucji piwnej i mam ją w głowie jako jedno z tych miejsc, które były tutaj bardzo wcześnie, kiedy kraft dopiero przestawał być zabawą dla garstki świrów. Działa od 2014 roku i należy do tych miejsc, które budowały kulturę multitapów we Wrocławiu, kiedy kraft nadal był świeżym zjawiskiem. Ale jedno jest pewne:
jest częścią tej Wrocławskiej historii.
I nadal nie jedzie wyłącznie na nostalgii. Piwo wciąż potrafi być tam absolutnie topowe. A do tego Max Born. Cała okolica ma jeszcze dodatkową warstwę. Jesteś praktycznie na podwórku związanym z domem, w którym wychowywał się Max Born. Czyli siedzisz z kraftem pomiędzy starymi kamienicami, w jednym z tych wrocławskich podwórek, które wyglądają zupełnie zwyczajnie, dopóki nie zaczniesz czytać ich historii. I nagle okazuje się, że pijesz piwo w miejscu, przez które przewinęła się historia jednego z najwybitniejszych ludzi w historii. To jest bardzo Wrocław. Jedzenie? Nie po to tutaj przychodzę. Jakieś podstawowe rzeczy są. Chipsy. Coś do przekąszenia. Pizza też chyba nadal gdzieś funkcjonuje w korytarzu Ale nie będę udawał. Marynka jest od piwa. I teraz najmocniejsza rekomendacja. Gdyby nowa dziewczyna powiedziała mi:
„Kuba, zabierz mnie we Wrocławiu w jakieś wyjątkowe miejsce.” to bardzo możliwe, że zabrałbym ją właśnie do Marynki.
Nie do najbardziej eleganckiego koktajlbaru. Nie na dach galerii. Nie na rave breakfast. Nie na okno widokowe hotelu Monopol. Do Marynki. Przez bramę. Na podwórko. Do stolika między kamienicami. Na piwo, którego być może nigdy wcześniej nie piła. Bo jeżeli mam komuś pokazać mój Wrocław, to właśnie takie miejsca chcę mu pokazywać. Trochę ukryte. Trochę niedoskonałe. Z historią. Z charakterem. I z naprawdę zajebistym piwem.
Marynka is number one in my heart.
Możemy się czasami kłócić. Ale miłość zostaje.
Szynkarnia – dobre piwo, jeszcze lepsza deska i zero przypadkowości
Szynkarnia weszła do mojego życia trochę przypadkiem. Był moment, że obraziłem się na Marynkę. No dobra – może „obraziłem” to za duże słowo. Ale miałem etap:
„Dobra, zobaczymy, co jeszcze jest we Wrocławiu.”
I wtedy wszedłem do Szynkarni. I wyszło, że jest zajebiście. A czasami nawet lepiej niż w Marynce. Piwo? Bardzo mocny poziom. To, co najbardziej lubię w Szynkarni, to wyczucie. Oni nie próbują na siłę przekombinować. Jest zima – mają cięższe, mocniejsze piwa. Jest lato – są rzeczy bardziej sesyjne.
I to naprawdę działa. Lubię mocne style. Double IPA. Triple IPA. Cięższe rzeczy. Bardziej odjechane rzeczy.
I jeszcze nie miałem sytuacji, żebym przyszedł do Szynkarni, spojrzał na krany i pomyślał:
„No weź, nic dla mnie?”
Zawsze coś jest. Czasami lokalne. Czasami mocne. Czasami dziwne. Ale rzadko przypadkowe. Ale prawdziwym potworem jest jedzenie I tutaj zaczyna się grubo. Mają taką wielką deskę – szlachecką, rycerską albo jakoś podobnie. Kosztuje około 250 zł.
I teraz ważne: to nie jest „deseczka do piwa”. To jest infrastruktura. Sery. Wędliny. Kabanosy. Kiełbasy. Pasztet. Ogórki. Różne dodatki. I praktycznie wszystko ma ten sam kierunek:
kraftowe, porządne, konkretne.
Nawet pasztet nie wygląda jak przypadkowy produkt wrzucony z hurtowni. Ile tego jest? Dużo. Naprawdę dużo. Spokojnie można przy tym usiąść w kilka osób. I doszło u mnie do tego, że jak idę do Szynkarni, to biorę pojemniki na jedzenie. Nie żartuję. Biorę deskę. Jem, ile mogę. A potem resztę pakuję i zabieram. I chyba trudno o lepszą rekomendację. Jeżeli człowiek idzie do pubu z własnym systemem logistycznym na leftovers, to znaczy, że lokal wygrał. Gdzie siedzieć? Mam dwie ulubione opcje. Pierwsze piętro, najlepiej z widokiem na św. Antoniego. Albo ogródek. Też z widokiem na św. Antoniego. Ta ulica sama w sobie robi klimat. Wieczór, światła, ludzie, piwo, jedzenie. I właśnie wtedy Szynkarnia działa najlepiej.
Szynkarnia kontra Marynka?
Nie będę robił wojny religijnej. Marynka nadal jest numerem jeden w serduszku. Ale Szynkarnia ma jedną wielką przewagę – jedzenie. I bardzo często też tę drugą – konsekwencję w piwie. Mam wrażenie, że oni wiedzą, gdzie jest granica między:
„zróbmy coś ciekawego” a „zróbmy coś dziwnego tylko dlatego, że możemy”.
I to bardzo szanuję. Czy polecam? Bardzo. Na samo piwo – tak. Na jedzenie – jeszcze bardziej. Na wieczór w kilka osób – idealnie. A jeśli bierzecie tę dużą deskę:
nie nazywajcie tego przekąską.
To jest pełnoprawny projekt gastronomiczny.
Przedwojenna – tatar, śledzik i impreza bez finansowego kaca
Przedwojenna to klasyka Wrocławia i jeden z najbardziej charakterystycznych lokali w rynku. Nie będziemy tutaj przesadnie analizować. Jest w samym centrum. Jest tanio. Jest fajny klimat. Jest ogródek. I można tam zrobić pełny wieczór bez poczucia, że właśnie trzeba było sprzedać nerkę za rachunek. Co zjeść?
Tatar!
Tu naprawdę nie ma sensu kombinować. Tatar jest bardzo dobry i to jest moja pierwsza rekomendacja. Do tego śledzik też robi robotę. Jeśli ktoś lubi takie klasyczne, proste przekąski pod alkohol, to dokładnie ten kierunek. Co wypić? Piwo jest tanie jak na centrum. Z tego co pamiętam, około 12 zł.
Whisky z colą też wychodzi całkiem sensownie. Czyli to nie jest miejsce, gdzie zamawiasz drugiego drinka i zaczynasz się zastanawiać, czy na pewno było Ci to potrzebne. Można spokojnie posiedzieć dłużej, napić się więcej i nadal rachunek nie robi się absurdalny. A jak wieczór się przeciągnie. Choć ruch tam mają o kazdej godzinie. No to wiadomo. Lufa. Klasyka. Można też wziąć galaretę.
Ja akurat nie jestem fanem, bo dla mnie jest trochę bez wyrazu, ale jak ktoś lubi ten klimat, to opcja jest. Dlaczego w Guns n` Stories lubimy Przedwojenną?
Bo to jest miejsce bez napinki.
Nie próbuje być modne. Nie próbuje być ekskluzywne. Nie próbuje Ci udowadniać, że właśnie uczestniczysz w wyjątkowym doświadczeniu gastronomicznym. Po prostu:
tatar, śledzik, piwo, whisky z colą, ogródek i centrum miasta.
I działa. Jeśli ktoś chce zrobić sobie tani, długi i bardzo wrocławski wieczór, to Przedwojenna jest naprawdę mocnym wyborem.
W pamięci mam jeszcze:
-
- Ambasada – Z jedzenia szczególnie polecamy tatara.
-
- Chupito – Z menu szczególnie polecamy kolorowe szoty.
-
- Kombinat – Z jedzenia szczególnie polecamy pierogi.
Mamy jeszcze sporo pomysłów i miejsc do uzupełnienia, bo nasza kulinarno-rozrywkowa mapa Wrocławia żyje i wciąż się rozwija.
Gdzie napić się piwa we Wrocławiu?
I tutaj zaczyna się osobny świat. Bo można zrobić przewodnik po najlepszym piwie. A można zrobić przewodnik po miejscach, gdzie dobrze się siedzi z piwem. Nas interesuje jedno i drugie.
Szynkarnia – Tak, znowu. Bo jeżeli lokal ma dobre piwo i dobre jedzenie, to nie będziemy go sztucznie przypisywać do jednej kategorii.
Przekręt Pub – Grunwald Kraftowe, czeskie piwo około 12 zł. I tutaj nasza analiza ekonomiczna właściwie się kończy. Czeskie piwo za dwanaście złotych. No jak nie skorzystać?
Przybij Piątaka – To jest miejsce, które rozumie prostotę życia. Frytki + piwo – około 15 zł. Do tego według ostatnich znanych nam warunków od niedzieli do czwartku, między 15:00 a 17:00, działały happy hours: dwa piwa 0,4 w cenie jednego. Czyli około dychy za dwa piwa. Oczywiście jak w danym momencie chcesz mieć pewność sprawdź aktualność promocji, bo promocje żyją własnym życiem.
Przybij Piątaka Beach Bar – Tak, istnieje też wersja beach barowa. I jest dodatkowo fajna dlatego, że wygląda trochę tak, jakby ktoś postawił beach bar pośrodku niczego. Co oczywiście jest zaletą.
Hala Świebodzki – Dobra dla grupy, która chce różne rzeczy i nie zamierza przez pół godziny negocjować jednego lokalu. Jedzenie, piwo, większa przestrzeń. I szczególnie warto spróbować: świeżego Tyskiego z tanka. To jeden z tych przypadków, kiedy człowiek pije Tyskie i myśli: „chwila, to nie smakuje jak zwykłe Tyskie.”
Klasyczne miejsca na wieczór:
Przedwojenna znów trafia na listę. Bo może. Piwo, jedzenie i charakterystyczny klimat centrum.
Kombinat – Ten sam mechanizm. Nie musisz przychodzić tylko na jedzenie.
Schody Donikąd – okolice Rynku Solnego Bardzo fajne, klimatyczne miejsce na wieczór. Tu znacznie ważniejsze od tabelki parametrów jest to, że dobrze się tam siedzi.
Beach bary, czyli Wrocław latem I tutaj mamy osobną miłość. Nie tylko do największych miejsc nad Odrą. Wręcz przeciwnie.
Prosto z Mostu – Bardzo mocna rekomendacja. Lato, piwo, przestrzeń i jeden z tych miejscowych rytuałów, dzięki którym Wrocław dobrze działa w ciepłe wieczory.
HopHead – św. Wawrzyńca Mocna pozycja piwna. Jeżeli lubisz craft, warto mieć na liście.
Odra-Pany – Jeden z klasyków całej sceny beach barowej. Lokalizacja przez lata się zmieniała, ale klimat pozostał. Dla nas to już kawałek historii wrocławskich beach barów. I trochę historii prywatnej również, ale tę może kiedyś opowiemy
(Bartku, nie przeginaj, bo się pogniewamy.
Powiedzmy tylko, że jest to piękna historia na literę S. Dla wyjątkowo dociekliwych: czasem autorów przewodnika warto sprawdzać trochę dokładniej niż przypisy – Saku.Media ).
Małe lokalne beach bary – I tutaj ważna rzecz: nie zawsze największy beach bar jest najlepszym beach barem. Czasami dużo lepsze są te osiedlowe. Małe. Lokalne. Na Brochowie. W innych częściach miasta. Przychodzą ludzie po pracy. Dzieciaki biegają obok. Ktoś siedzi z psem. Ktoś wpada na jedno piwo. Nikt nie ubiera się jak na wesele tylko po to, żeby zrobić zdjęcie Aperola. I właśnie dlatego mają tak dobry klimat. Odwiedzając Wrocław możesz poczuć się inaczej:
Przez chwilę nie jesteś turystą we Wrocławiu. Po prostu jesteś we Wrocławiu.
Gdzie napić się dobrej kawy we Wrocławiu?
Czajownia – Oaza spokoju ukryta w centrum miasta. Zaletą jest ogród w stylu japońskim oraz ogromny wybór autentycznych herbat. Z menu szczególnie polecamy aromatyczną Masala Chai.
Hala Targowa – ukryta kawiarnia od strony Bulwaru Dunikowskiego Jedno z naszych ulubionych małych odkryć. Trochę schowana z boku, wejście również od strony Dunikowskiego. I przede wszystkim: kawa podawana w małych kawiarkach. Nie tylko dobra kawa. Cały mały rytuał. To dokładnie ten typ miejsca, który łatwo minąć, jeśli zwiedzasz miasto tylko według głównych punktów z mapy.
Gdzie spać we Wrocławiu? Apartament przy Nożowniczej
Skoro już podpowiadamy, gdzie jeść, gdzie pić i gdzie włóczyć się po Wrocławiu, to wypada też odpowiedzieć na dość podstawowe pytanie:
gdzie później spać? 😁
Tutaj od razu uczciwie: to apartament naszego znajomego.
Nie będziemy więc udawać niezależnego jury hotelarskiego z notesem i białą rękawiczką. Po prostu znamy miejsce, lokalizacja jest świetna i jeśli ktoś szuka noclegu praktycznie w samym centrum Wrocławia, to jest to bardzo sensowna opcja.
Nożownicza — praktycznie sam Rynek
Apartament znajduje się przy ul. Nożowniczej, czyli naprawdę kilka kroków od Rynku.
A jednocześnie nie śpicie przy samym środku największego nocnego ruchu, tylko w bocznej ulicy.
Czyli macie:
centrum miasta, restauracje, puby i zabytki pod nosem, ale po powrocie można jednak normalnie zamknąć drzwi i odpocząć.
61 m² i miejsce nawet dla 6 osób
To nie jest kawalerka, w której po rozłożeniu walizki przestaje dać się otworzyć lodówkę.
Apartament ma około 61 m², trzy pokoje i może pomieścić do 6 osób.
Do dyspozycji są między innymi:
- salon z rozkładaną sofą, stołem i projektorem,
- sypialnia z dużym łóżkiem małżeńskim,
- drugi pokój z rozkładanym łóżkiem,
- osobna, wyposażona kuchnia,
- łazienka z wanną i pralką,
- oddzielne WC — przy sześciu osobach rzecz dużo ważniejsza niż designerska lampa w salonie 😁,
- zabudowana loggia z miejscem do siedzenia.
Każdy pokój ma też własną szafę, więc przy dłuższym pobycie nie musicie przez pięć dni żyć z otwartej walizki.
I jest jeszcze bardzo mocny argument: parking
Darmowy parking w centrum Wrocławia.
I tutaj można właściwie zakończyć akapit. 😁
Jeżeli kiedykolwiek próbowaliście przyjechać samochodem w okolice Rynku, to wiecie, że taki bonus potrafi być naprawdę konkretną oszczędnością i wygodą.
Możecie rezerwować bezpośrednio
Apartament znajdziecie również na Booking.com, ale jeśli trafiliście tutaj przez nasz przewodnik, możecie po prostu zadzwonić bezpośrednio do właściciela.
Bez pośrednika i bez prowizji Booking.com.
📞 887 883 050
Warto tylko od razu powiedzieć, że trafiliście z poradnika Guns & Stories, żeby właściciel wiedział, skąd się wzięliście. 😁
Dla kogo?
To bardzo dobra opcja szczególnie wtedy, kiedy przyjeżdżacie:
we dwoje na weekend,
większą ekipą znajomych,
rodziną,
albo po prostu chcecie mieć bazę w centrum i nie tracić połowy wyjazdu na dojazdy.
Bo z Nożowniczej właściwie wychodzicie z budynku i Wrocław już jest dookoła Was.
A po całym dniu strzelania, jedzenia, spacerowania i sprawdzania naszych rekomendacji zostaje jeszcze jedna, dość istotna funkcja apartamentu:
można się wreszcie położyć. 😁
Wrocław tętni setkami kawiarni, ale umówmy się – kawa to tylko piękny pretekst do spotkania i szczerej rozmowy. To ludzie tworzą magię, dlatego nawet zwykłe wyjście do Starbucksa może stać się niezapomnianym wspomnieniem.
Mamy jeszcze w głowie wiele kolejnych miejsc i pomysłów, które będziemy uzupełniać. Ten poradnik jak i cały Wrocław żyje i wciąż się rozwija. To nie jest ranking najlepszych restauracji we Wrocławiu i nie chcemy, żeby nim był. Niektóre miejsca są tutaj, bo mają najlepsze jedzenie. Inne, bo mają absurdalnie dobry stosunek ceny do tego, co dostajesz. Jeszcze inne dlatego, że mają klimat, którego nie da się policzyć w gwiazdkach Google. Czasami polecamy cały lokal. Czasami konkretną potrawę. A czasami mówimy: idź tam, ale tego jednego piwa nie zamawiaj. Bo właśnie tak naprawdę poleca się miejsca znajomym. Nie mówisz:
„Restauracja cieszy się dużą popularnością wśród mieszkańców oraz turystów.”
Mówisz:
„Idź tam. Zamów to. Przyjdź o dwunastej, bo o 12:45 nie będzie pierogów.”
I taki właśnie ma być ten prosty przewodnik. Nie katalog. Nie ranking. Wrocław opowiedziany przez ludzi, którzy naprawdę w nim żyją.
Ciekawostka: ile razy w tekście użyłem odmian słowa „prosty” i czego limitem w informatyce jest ta liczba?
